Pieczorskaja skazka
(to taka sobie niebylica obiecana Lianie...)
Pitierskij skoryj wiatr przegania,
ale czy tajny lasu zna?
Tu, na bezkresnych rasstojaniach lisz tolko mietiel, da sniega,
ale pod śniegiem sobie żyją
baśniourody skazocznyje...
Chcesz słuchać? Przysiądź u kastra.
Bywajet, chandra duszu tianiet,
tęsknota w tajdze, choć ubiej...
Więc flaszku... kapsel... a tu z niej
nie wódka, światłość na polanie,
i słyszę... wiatr? — nie, głosy w lesie...
Tak ja priwstał, i ja paszioł
tuda, gdzie się z oddali niesie
z jołki na jołku — kałakoł
i zow diewicy: — Żdu tiebia!
W moj swietłyj zamok liedianoj
tiebie pora, gołubczik moj!
Czy to jest płacz zmarzniętych drzew?
Zajca w łowuszkie tichij ston?
Bo skąd kobiecy w tajdze śpiew?
I skąd ten dzwon?! I skąd ten dzwon?!
I woła znowu: — Zachodi,
a ja twoju tosku wylieczu!
Wiedź ty dawno miecztał o wstrieczie...
Idę... a tam goriat ogni
i zamiast zmrożonego błota
torczat otkrytyje warota...
I krasawica snów tajemnych
w prozracznom płatje i w koronie
podbiega... śmieje się... jest ze mną,
przyciska do mych szorstkich dłoni
swe białe rączki. Czy to czary?
I nieżno sziepcziet moja pani:
— Ty poliubił mienia nie darom,
pusć ja tiebia w moj mir zamaniu!
W jej świat utkany z moich snów,
w słodkie odmęty i zaświaty...
Potem przejrzyste spadły szaty
i soskolznuli na ziemliu,
blask szczęścia...
Potieriał soznanie.
Ocknąłem się bez sił i chory.
Nie było zamku, nikt nie śpiewał,
nasypem znów promczałsja skoryj,
znów w białych szliapach marzły drzewa,
z resztek ogniska zionął chłód.
Krzyknąłem:
— Wracaj!
W leśnym echu
rozległ się cień tamtego śmiechu:
— Wiernuś... I sczastia dni pridut...