Pierzynkę dotuliłem do kształtnego ciała,
jak ona chciała.
Lecz gdy byłem zajęty chłodnymi stopami,
niezręcznym ruchem nagie odsłoniłem ramię
i nagle we mnie męskość brutalna wezbrała.
Nie mogłem jej się przyznać, gdzie myślami błądzę!
Starając się zachować twarz zimną jak kamień
naciągnąłem pierzynkę i stłumiłem żądze.
-- Dobranoc, mała.
Na czole pocałunek bratni jej złożyłem,
tak jak prosiła.
Ale noc rozedrgana wlazła mi na kark i
pod wargami poczułem nie czoło lecz wargi.
Pożądanie buchnęło z barbarzyńską siłą!
Więc z twarzą nieruchomą, ze słoniowej kości,
starając się przytłumić mego ciała skargi,
pospiesznie zastąpiłem brudną chuć czułością.
-- Śpij dobrze, miła.
Spytała, we śnie tonąc jak w puchu łabędzim,
-- Co z nami będzie? --
i coś jak cień przemknęło przez twarzyczkę słodką.
Przysiągłem, że nic złego jej przy mnie nie spotka,
że cześć jej uszanuję i tutaj, i wszędzie,
i na jawie, i wtedy, gdy bezbronna uśnie.
Mruknęła resztką jawy: -- Ach, jestem idiotka! --
i śpi. A ja rozważam, czy zrobiłem słusznie,
czy tkwiłem w błędzie...