Ciężki stary człowiek nocą w swoim łóżku
Słyszy śpiewającego Kojota na łące za domem.
Całe te lata harował, drążył, ciął.
Katolik.
Z Kalifornii.
a Kojoty wyją w jego Osiemdziesiątym roku.
Wezwie Rządowego
Trapera
Który używa żelaznych potrzasków na Kojoty Jutro.
Moi synowie utracą tę
Muzykę, którą dopiero zaczęli
Kochać.
Byli kwasowcy z miast
Nawróceni na Guru lub Swami
Odprawiają pokutę ze szklistymi
Zaćpanymi oczami, i odrzucają mięso.
W lasach Póhocnej Ameryki
Ziemi Kojota i Orła,
Marzą o Indiach, o
wiecznie błogich, bezpłciowych wyżynach.
I śpią w ogrzewanych ropą
Geodezyjnych kopułach, które
Wetknięto jak brodawki
Między drzewa.
A śpiew Kojota
zatrzaśnięto
ze strachu
przed zewem
dzikości.
I sprzedali swoje dziewicze cedry,
najwyższe drzewa w okolicy
Drwalowi, który powiedział.
„Drzewa są. pełne robactwa”.
Wreszcie Rząd zadecydował,
Że tę wojnę trzeba wygrać. Klęska
jest nieamerykańska.
I wznieśli się w powietrze
Ze swoimi kobietami.
o natapirowanych włosach
smarującymi lakierem
przyciski spustowe.
I nad ziemią górowali
gdyż uznali
że była
prokomunistyczna. I brudna.
A owady trzymają stronę Wiet Kongu.
Więc bombardują i bombardują
Dzień po dniu, od bieguna do bieguna
wróble ślepną
sowy głuchną
pnie wiśniowe pękają
plączą i supłają się
jelenie jelita
w zakurzonych, drżących skałach.
Wszyscy ci Amerykanie w specjalnych
podniebnych miastach
Ciskają bomby i trucizny.
Najpierw Azja,
Potem Ameryka Północna.
Wojna przeciwko ziemi.
Kiedy się skończy nie będzie już
miejsca
Na kryjówkę dla Kojota
Chciałbym powiedzieć
Że kojot jest na zawsze
W tobie.
Ale to nie jest prawda.
Noc
Przez wszystkie ciemne godziny wszędzie
naprawia i prostuje ludzkie serca i języki
i rozwesela świt —
bezpieczni, zagrzebani w kocach:
szeptanie do ucha i delikatne kąsanie mokrych warg
wygładzanie brwi i palce sunące w górę łydki,
lizanie szyi i łaskotanie stwardniałej
piersi mruganiem powieki, przebieganie
palcami po cienkiej skórze na piersi,
wyczuwanie arterii splatających się we wklęśnięciu pachwiny,
wyginanie grzbietu w łuk, kołysanie się na bok
pochylanie się w przód, opadanie na czworaki.
pogryziony język i drżące łydki,
splecione dłonie i splątane nogi,
wysunięta broda i stłumiony jęk,
zgarbione łopatki i pulsowanie w brzuchu.
zęby zatopione w języku, palce u stóp zagięte.
zaciśnięte powieki i szybki oddech.
włosy zupełnie splątane.
radio które grało do rana.
bezgłośnie kręcąca się płyta.
półprzymknięte drzwi kołyszące się w zawiasach.
papieros, który wypalił się do końca.
pestki melona wyplute na podłogę.
zmieszany śluz wysychający na ciele.
nie zgaszone światło w drugim pokoju.
wszystkie koce zrzucone na podłogę i ptaki
świergocące na wschodzie.
usta pełne winogron i ciała luźne jak liście.
uspokojone serca, leniwa pieszczota, szybka wymiana
spojrzeń po której oczy zamykając się znowu,
pierwsze promienie słońca zadają cios cieniom.
an [Usunięty]
Wysłany: 2011-12-22, 18:11
Nie znałam tego poety... Poszperałam troszkę i oto, co o nim:
Snyder Gary (1930-), amerykański poeta i eseista. Efektem dzieciństwa spędzonego w stanach Oregon i Washington było zafascynowanie Snydera przyrodą, górami, kulturą Indian (spisywał legendy Indian Hopi). W Reed College podjął studia z zakresu antropologii i literatury, które ukończył w 1951. Następnie zaczął studiować orientalistykę na uniwersytecie w Berkeley, gdzie nawiązał kontakty z poetami związanymi z ruchem beatników, protestujących przeciwko amerykańskiemu modelowi życia i zachodniej cywilizacji. W 1956 udał się do Japonii. W Kioto, pod opieką mistrza Odo Sesso Roshi, przez kilkanaście lat studiował zen. Odbył liczne podróże (m.in. przez 6 miesięcy przebywał w Indiach). W 1968, po powrocie do Ameryki, rozpoczął karierę naukową, był wykładowcą na wielu uczelniach (m.in. w Berkeley). W 1985 Uniwersytet Kalifornijski w Davis przyznał mu tytuł profesora literatury angielskiej. W twórczości Snydera widoczne jest zafascynowanie kulturą i filozofią Wschodu, umotywowane ich dogłębną znajomością. Poeta, którego światopogląd ukształtował się pod wpływem buddyzmu, odrzucał model cywilizacji zachodniej, protestował przeciw antropocentryzmowi, który nie brał pod uwagę rzeczywistości pozaludzkiej. W swoich filozoficznych lirykach zawierał przemyślenia nad rolą natury i religii w życiu człowieka. Inspiracji do swych dzieł szukał także w kulturach pierwotnych.
"Zew dzikości" przemawia do mnie, choć to trudny tekst. Myślę, że równie dobrze można by zawartą w nim charakterystykę społeczeństwa amerykańskiego odnieść do całej ludzkości. Niezależnie, skąd pochodzimy, jest w nas ta dziwna i zatrważająca potrzeba (?), chęć (?) niszczenia. Oczywiście to spore uogólnienie. Tak mi się nasunęło... Można niszczyć wokół siebie, można niszczyć w sobie...
"Noc" jest z gatunku tych, których nie lubię. O miłości (nawet tej czysto cielesnej) nigdy tak! Ale to kwestia gustu.
[A dla siebie znalazłam inny wiersz Snydera, który mnie zatrzymał.
(Tylko tytuł mi nie pasuje - czy aby na pewno "na"?)]
Maudgalyayana ujrzał na piekło
Pod drżącą powieką
Sny targają włóknami nerwów,
Umysł chłonie, a zamknięte oko widzi
Przestrzenie płynące pod światłem słonecznym,
Światy umarłych, Bardo, światy umysłu
I grozę bezsłonecznego obrządku jaskini,
Spotkanie świadomych mnichów-włóczęgów
Przywianych wichrem Karmy z piekła
Do nieskończonego zmiennego piekła,
Życie i śmierć ubite
Na pianę rzeczywistości (wiatr deszcz
Ludzkie królestwa pełne żądzy) ponad zimnym
Zawieszonym w bezkresie nieznanym, poniżej
Sztuka i Historia, wszystkie myśli ludzkości,
Okultystyczne i czarnoksięskie zło na wskroś prawdziwe.
Cienka krawędź natury wznosi się krucha
Bezbronna ze swą miłością, czującym kamieniem
I ciałem, ponad mrocznymi snami narkotycznej śmierci.
Nie mogę stracić chmur, nie możemy odejść.
Uczymy się kochać dopuszczając grozę.
Tam w dali i wewnątrz, całe piękno
Seksu świadomego nauką i akceptacją miłości.
Dzień po dniu wizje tej chorej
Skrzącej się istoty, zasłuchanej w siebie, śniącej
O rozkwicie ludzkiego umysłu,
Która na koniec rzuca wszystko i otwiera oczy.