POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » INFO » Dział informacyjny » Konkursy zakończone » Primus Inter Pares - Utwory pisane prozą
Przesunięty przez: Marcin
2010-04-08, 16:35
Primus Inter Pares - Utwory pisane prozą

Zagłosuj na jedną lub dwie propozycje
Bo ja robię co chcę
8%
 8%  [ 2 ]
Gołębie, Hela i ja
8%
 8%  [ 2 ]
KSIĘGA
12%
 12%  [ 3 ]
Łososina
12%
 12%  [ 3 ]
MIASTECZKO Z BISKUPEM
4%
 4%  [ 1 ]
obok
12%
 12%  [ 3 ]
Pamiętaj o kluczach
4%
 4%  [ 1 ]
Szklane ptaki
8%
 8%  [ 2 ]
Z Cyklu "Listy hipotetyczne" - ten - do En Suo
16%
 16%  [ 4 ]
Z Cyklu "Listy hipotetyczne" - ten do En Suo nr
16%
 16%  [ 4 ]
Głosowań: 14
Wszystkich Głosów: 25

Autor Wiadomość
Marcin 

Wiek: 49
Dołączył: 16 Wrz 2007
Posty: 4610
Skąd: Lubin
Wysłany: 2009-03-01, 22:17   Primus Inter Pares - Utwory pisane prozą

Zapraszamy do głosowania!
Zagłosuj na jedną lub dwie prace (więcej głosów będzie ignorowanych).

Czas trwania ankiety: 14 dni, tj. do dnia 15 marca 2009 r. (do godz. 22:17)


    • • •



Bo ja robię co chcę


Człowiek robi kilka rzeczy w życiu, które musi. Cała reszta to wielka zbieranina marzeń, pragnień i egoistycznych dążeń. Jeden pracuje ciężko, bo praca uszlachetnia, a inny, wręcz odwrotnie, ma poczucie, że praca go degeneruje i siedzi sobie w domu. To, co musimy zrobić, to pewne czynności związane z fizjologią ciała, a ostateczną z nich jest śmierć. Oprócz tego, co musimy, nie musimy już nic więcej. Chyba, że się bardzo chce. Jeżeli słyszę, że ja coś muszę, to krew mnie zalewa, bo nikt nie pyta, czy ja tego chcę. A jak mówię, że coś robię tylko z własnej woli, to pukają się w czoło, albo uciekają w popłochu. Więc oświadczam stanowczo, ja nic nie muszę. Jeżeli coś robię, to tylko, dlatego, że tak chcę. Kropka.
Mieszkam w bloku wielkim jak stadion. Sześćset mieszkań, sklejonych w wielkie pudło, przyciśniętych do siebie i obejmujących się wspólnymi ścianami, korytarzami, rurami i bóg wie, czym jeszcze. Blok jest jak konstrukcja ludzkiego ciała. Pełno tu jakiś połączeń, naczyń, które zamiast krwi niosą gaz, wodę i gówna. Blok, jako organizm też musi umrzeć i on tylko wie, kiedy to nastąpi. Zachciało mi się wiele lat temu mieć dzieci i mam. Właściwie, to mam je mentalnie, bo juz dawno zatraciły się gdzieś w świecie. Pewnie tak chciały. Ja na pamiątkę posiadania syna, hodowałem jego córkę, którą kilkanaście lat temu zechciał spłodzić. Marysia miała lat dwanaście, była nad wiek wyrośnięta i przemądrzała. Żyło nam się całkiem dobrze. Robię, co chcę, czyli, nic nie robię, oprócz pobierania dobrej renty powypadkowej i czytania książek o magii. Kiedyś spróbowałem pracować i skończyło się to tragicznie. Zrobiłem to wbrew swojej woli i teraz mam. Coś mi się urwało w głowie i państwo mi za to płaci. Marysia miała rentę po matce. Jej rodzicielka wyparowała do atmosfery, czyli zmarła daleko od domu.
Moja wnuczka, pomimo młodego wieku, posiadała już swój cień. No, właśnie, muszę to wyjaśnić. Każdy człowiek, w pewnym wieku dostaje cień. Ta smuga, ciągnąca się za takim osobnikiem, jest z pozoru niewidzialna, ale tylko z pozoru. Ja, po tym wypadku, widzę cienie i nawet z nimi rozmawiam. To od tych cieni dowiaduję się wiele o ich posiadaczach. Co robią, jak się zachowują w życiu, czy są prawi, czy nie. Staram się tych złych nawracać, ale z miernym skutkiem. Jednego, takiego, zbira blokowego, lałem kablem energetycznym dwie godziny, zanim mi poprzysiągł poprawę. Inną panią, co żyła, wiadomo z czego, przewiesiłem przez okno na trzynastym piętrze, ale była zbyt uparta. Skończyło się skokiem samobójczym – tak pisała prasa. Najgorsze w tym wszystkim jest coś innego. Cienie ludzi nawróconych pozostają ze mną. Muszę z nimi konwersować i pieprzyć o filozofii, o bogu. Cień Marysi rzadko przychodził do mnie i nie bardzo chciał rozmawiać. Widocznie jeszcze jej nie nawróciłem.
Statystyka jest nieubłagana. W moim molochu umiera średnio jeden człowiek na tydzień. Wyliczyłem to sobie w skali roku. Smutne, ale jak już powiedziałem, jest to jedna z czynności obowiązkowych i ostateczna. Przyjdzie i na mnie taki tydzień.
Od tych wyliczeń wszystko się zaczęło. Cień pani samobójczyni doniósł mi, że przed każdym zgonem pojawia się na ścianie, przy drzwiach, dziwna strzałka namalowana czerwoną farbą. Jakby jakiś anioł śmierci zaznaczał miejsce swoich przyszłych odwiedzin. Postanowiłem przeprowadzić śledztwo. O dziwo cień Marysi zaofiarował swoją pomoc. Naprowadził mnie na trop, dając delikatną wskazówkę, bym zaczął od piwnic, gdzie blokowe małolaty, spotykają się w tak zwanym „klubie”. Sprawa zapowiadała się poważnie. Zaopatrzony w kawał kabla i latarkę zszedłem do katakumb betonowego pudła – bloku. Cień wnuczki prowadził. Doszliśmy do drzwi byłej wózkowni, które były pomalowane w różne dziwne znaki. Sklasyfikowałem je jako symbole szamańskie z domieszką woodoo, trącające lekko w symbolikę runiczną Druidów. Mój przewodnik podpowiedział mi, że to wizytówka i są tutaj zapisane jakieś dane. Zacząłem się bać. Kłódkę pokonałem przy pomocy szydełka do dziergania haftów. Wiele lat temu chciałem się tego nauczyć i posiadłem wielką wiedzę na temat otwierania kłódek różnymi przedmiotami.
W pomieszczeniu ustawiony był wielki stół, może nawet płyta podparta, tworząca wielki blat, jak w plastycznej pracowni. Dookoła stało wiele puszek i pojemników z farbami. Ściany oblepione plakatami, tworzyły całkiem miły klimat. Cień zasugerował mi, bym dokładnie przyjrzał się owym malowidłom. Rzeczywiście, po chwili zauważyłem, że na plakatach są wymalowane znane mi postacie. To byli mieszkańcy bloku. Wszyscy już nieżyjący, namalowani byli w chwili swej śmierci. Pan spod szóstki, leżał między nogami kobiety i trzymał się ręką za serce. Pani Stanek z piętnastej klatki, siedziała na klozecie z szeroko otwartymi ustami, jakby się dusiła. Był też obraz, gdzie jakiś mężczyzna, wypycha przez okno kobietę, poznałem siebie. Przyjaciel wyjaśnił mi, że to są sceny prorocze i spełnione, a na przeciwległej ścianie są takie, co mają mieć dopiero koniec. Ku mojej zgrozie, byłem tam też ja. Ktoś namalował moją postać, leżącą na ziemi. Głowa była pęknięta i wystawała z niej kręta sprężyna, jak ze starej kanapy. Pozdzierałem plakaty ze ścian i ułożyłem na stole stos. Potem, polałem różnymi farbami łatwopalnymi. Wychodząc podpaliłem stertę.
Zanim straż pożarna ugasiła ogień, wszystko spłonęło i dobrze. Doskonale wiedziałem, że nie pokonałem do końca diabła, że jeszcze da znać o sobie. Marysia skwitowała to wszystko jednym zdaniem. „Jesteś już trupem, stary dziadygo”, tak mi powiedziała. Wieczorem zauważyłem czerwoną strzałkę przy moich drzwiach. Zamalowałem, a właściwie przemalowałem ją i skierowałem na drzwi sąsiada, tego, co mi kiedyś nie pożyczył dziesięciu złotych.
Siekierę wyostrzyłem pilnikiem, a potem wygładziłem marmurem. Ciąłem tak, by szybko zakończyć. Diabeł nawet nie kwiknął. Kto by pomyślał, że normalny człowiek ma wnuczkę szatana. Niczego nie żałuję. Może tylko wizyt moich przyjaciół cieni, bo po tych zastrzykach, jakoś ich nie widzę. To wszystko, co mam do powiedzenia, panie doktorze. Idę teraz spać i proszę mnie nie budzić przed kolacją.



Gołębie, Hela i ja


Moje balkonowe stado składa się z trzech gołębich rodów. Lamparty, to te mniejsze od wszystkich, z jasnym upierzeniem, poplamionym granatowymi cętkami. Przeważnie siedzą na parapecie i są ostatnimi w kolejce do jedzenia. Znają swoje miejsce. Nigdy nie wchodzą w środek rozsypanego ziarna i dziobią po obrzeżach. Ich pokora przekłada się na bardzo rodzinne relacje. Dbają o swoje potomstwo, a jajka znoszą gdzie popadnie. Lamparty są najliczniejszą grupą mojego stada.
Dynastią środkową w ptasiej hierarchii są Kury – tak je nazwałem. Hałaśliwe i najodważniejsze ze wszystkich, okupują poręcz balkonową. Jasne, prawie białe, mają na szyjach czarną otoczkę. Podchodzą pod drzwi i zaglądają do mieszkania, dziobią w szybę i gruchają doniośle. Są największe i najsilniejsze, ale rządzą tylko Lampartami, które są zbyt pokorne, by walczyć o pozycję w balkonowej władzy.
Nad wszystkimi gołębiami sprawują rządy ciemne, prawie czarne z białą lotką w lewym skrzydle, przewodnicy. Piórka, nazwane tak od białego akcentu, pierwsze zaczynają jedzenie i zawsze są w centrum. Szefem piórkowego stada jest stary samiec bez jednego oka, nazwany Piratem. Natomiast, całym balkonem rządzi niewiele większa od gołębia, moja suczka, Norka. Przegania Kury, obojętnie przechodzi obok Lampartów i ze strachem ucieka przed Piórkami. Zna balkonowe zwyczaje.
Do zaokiennych postaci zaliczam jeszcze moją sąsiadkę, Helę. Właśnie skończyła dziewięćdziesiąt lat i nabyła dziewięćdziesiątą chorobę. Hela jest wrogiem wszystkiego, co żywe na balkonie. Nie rusza się zbyt żwawo i ma tendencję do wywracania się na plecy. Gdy upadnie, sama już nie wstaje. Wali wtedy laską o podłogę, przywołując sąsiada, czyli mnie. Szczególnie nienawidzi gołębi, a Norkę toleruje tylko ze UUwzględu na moją pomoc.
- Ty, Cyngiel, kiedyś się dorobisz! – przestrzega. – Dorobisz się jakiegoś kolegium, aż cię pokręci.
- Może nie, pani Helu – odpowiadam grzecznie. – Same przylatują i co mam zrobić? Jeść nie dawać? To grzech.
- Głupiś, Cyngiel.
Hela, gdy przymyka oczy, przypomina starą porcelanę. Zamyka się do wewnątrz i nie ma jej obok. Jest tylko świszczący oddech i zapach maści cynkowej, wtedy wstaję cichutko i wychodzę. Mam klucz od jej mieszkania, tak na wszelki wypadek, na okoliczność nieszczęścia, albo szczęścia – jak mówi Hela. Odchodzę do siebie i wiem, że już blisko, gdy odejdę ostatni raz, a klucze zostawię na stole, jakiejś kuzynce, czy innej krewnej.
- Głupiś, Cyngiel – powtarza. – Otwórz lodówkę i weź sobie dziesięć jajek. Siostrzenica ze wsi nawiozła. – Bo taka jest moja Hela kochana.
*
Od dwóch dni nie widzę Pirata, a Piórka żyją w rozproszeniu i nie przypominają panującego rodu. Kury wyczuwają nieobecność przewodnika i wprowadzają anarchię. Biją niemiłosiernie Lamparty i przeciwstawiają się dominującym Piórkom. Pirat zaginął i nie wiem czy jeszcze powróci. Na balkonie zrobiło się głośno. Gołębie walczą o panowanie.
- Pan Cyngiel? – W drzwiach stoi młody policjant. Przestępuje z nogi na nogę jak dziecko w potrzebie i pokazuje blachę. – Koński jestem, dzielnicowy. Nowy dzielnicowy, panie Cyngiel jestem.
- No, tak – odpowiadam. – Jeżeli powiem, że jest mi przyjemnie, to skłamię, ale niech pan wchodzi, panie... Jak?
- Koński, nie? Przecież mówię.
Wchodzi i pcha się do pokoju. Potem siada w moim fotelu i wyciąga z teczki jakieś papierzyska, i gapi się na nie, że niby taki mądry. Udaję absolutną obojętność i zapalam papierosa, a żeby go zdenerwować, stawiam na stole ćwiartkę wódki i dwa kieliszki.
- Jednego? – pytam z kamienną miną. – Lubi pan czasem? Co?
- Coś pan zgłupiał? – odpowiada. – Ja nie jestem tutaj towarzysko, miły panie, ale dziękuję, no jasne, towarzysko zawsze można.
- Co też pana do mnie sprowadza?
- No właśnie – podtyka mi pod nos jakiś papier. – Mamy donos na pana, panie Cyngiel. Mało tego, mamy sprawę do sądu grodzkiego. Jednym słowem, nie jest dobrze.
- Czyli, że co? Panie Koński.
- Czyli będzie sprawa. Sprawa sądowa, panie Cyngiel. A o co? No, właśnie. O jakieś osrajdachy! Pan dokarmia gołębie i czyni to na swoim balkonie.
- Pirat nie wrócił, panie Koński.
- Co? – patrzy na mnie zdziwiony. – Jaki pirat, do diabła!
- No, ten bez oka, Pirat, taki ważny ktoś. Nawet pan nie wie, jak ważny.
- Co to za jeden? Ten Pirat, gdzie mieszka?
- Kto go wie? Gdzieś mieszka, albo mieszkał? – nalewam sobie wódki. – Może już nie żyje? Może zabity gdzieś leży?
- Panie! Niech pan zagadkami nie gada. Do rzeczy, panie Cyngiel!
- Można powiedzieć, że wyszedł z domu i do dziś nie powrócił.
- Cholera jasna! – dzielnicowy wyjął notes. – Teraz ja to muszę wszystko zapisać. Dodałeś mi pan roboty! Może jednak wróci?
- Może tak, a może matka natura go zjadła? Ktoś kogoś zjada przecież... Żeby żyć.
- No nie!
- A wracając do gołębi – kończę temat z Piratem. - Jakie gołębie ja karmię? Proszę to nazwać konkretnie. Podać rodzaj karmy i gatunek. Niech się pan nie dziwi, bo to ważne informacje. Od rodzaju karmy zależy wysokość kary, panie Koński. Proszę podejść do okna i pokazać mi te dokarmiane ptaki. Corpus delicti, mówi to panu coś? Mnie gówno obchodzi, co tam ktoś napisał, a pan niech blokersów goni po piwnicach i dupy nie zawraca. Rozumiemy się?
- No... Pan coś nerwowy... Ja mam obowiązek i nic mi do gołębi, ale sam pan rozumie, nie? Tu sprawa w sądzie, a panu ktoś zaginął i bez wieści...
- Panie dzielnicowy – przerywam. – Niech mi pan zostawi wezwanie. Dzisiaj nie mam czasu. Nie mam, bo czekam na Pirata, dobrze?
- Dobrze. Mnie wsio ryba. Może ten Pirat znajdzie się do naszego spotkania – wyciąga druczek i wypisuje. – Proszę. Za dwa dni się widzimy. Tutaj wszystko zapisane.
Ledwie wyszedł, słyszę za ścianą stukanie. To Hela leży na plecach i wali laską o ziemię. Muszę iść i kolejny raz uratować jej życie. Ona tam leży i modli się bym nie przyszedł.
*
Mój pirat wrócił! Zobaczyłem go dzisiaj rano, gdy sypałem pszenicę na balkon. Przechadzał się dumny po poręczy i gruchał radośnie, a Kury nie odważyły się wchodzić mu w drogę. Najgorsze jest to, że wrócił ranny. Miał zakrwawione nogi. Mało tego, nogi były związane zieloną żyłką. Hela doradziła bym złapał Pirata i uwolnił go z pęt, ale jak złapać dzikiego gołębia? Długo wabiłem go ziarnem. Gdy się uspokoił i wszedł na balkon, zarzuciłem na niego ręcznik. Udało się. Obciąłem krepującą żyłkę, a rany nasmarowałem jakąś maścią gojącą, od Heli. Pirat żyje i przewodzi gołębiom na moim balkonie.
W kilka dni od powrotu Pirata, umarła Hela. Znalazłem ją wciśniętą pomiędzy klozetem, a wanną. Nie miała laski pod ręką, nie miała, czym zapukać w podłogę. Może tak chciała? Może specjalnie, do toalety wyszła bez podpórki? By nikt nie przybiegł na czas? Kto to wie? Jej spękana porcelana rozsypała się bez żadnego dźwięku.
W sądzie wygrałem sprawę. Wszystkie szkody wyrządzone przez ptaki poszły w zapomnienie. Pomogła mi zza grobu Hela. Wzięła winę na siebie, a właściwie ja tę winę przerzuciłem na nieboszczkę. Na pewno tak by chciała, bo taka była moja Hela kochana.



KSIĘGA


Przetrząsam szuflady w poszukiwaniu wspomnień,
opróżniam szafy ze wszystkich doświadczeń,
odkurzam radości, przecieram smutki,
prostuję pomięte pamiątki
i tak uzbrojony
biorę pióro , kartkę papieru,
siadam w fotelu przed kominkiem
i stawiam pierwsze litery.
Pierwsze litery
Wielkiej Księgi Życiowej Mądrości.

Boże, jakie to trudne.
Jakże zazdroszczę mojemu psisku,
co położywszy wielki kudłaty łeb
na moich kolanach jednym spojrzeniem
wiernych , mądrych oczu
mowi więcej, niż ja
w moich wszystkich wierszach.

Siedzę przed kominkiem,
wsłuchuję się w niemą symfonię ognia
i wodząc oczami za rozedrganym płomiennym tutti
sam siebie pytam : co chcesz powiedzieć ?
- jak doroślałeś, uczyłeś się życia, kochałeś,
cieszyłeś się, płakałeś ?
- jak poznałeś blask radości , szarość cierpienia
i czerń autentycznego bólu ?
- jak przekonałeś się, że największą trudnością
i największym szczęściem jest zwykłe
codzienne dawanie ?

Po co ?
Kto przeżył – wie,
kto nie przeżył - nie zrozumie.
Starzy – nie potrzebują, młodzi – są pewni, że wiedzą lepiej.
Więc po co ?
Na co komu twoja Księga Mądrości ?

Napisz tylko, że swoją głupotę
każdy musi pokonać na własny koszt.

10.2007



Łososina


Witałem się z nią zwykle tam, gdzie i ciotczyn potok, koło kapliczki Świętego Floriana. Jej plusk przyjazny i radosny zmywał bezpowrotnie ślady po łzach, gdyby przypadkiem w tym dniu pociekły. Łzy, jak i żałość, rodzą się w duszy. Dobre lub złe postępki rodzą się w mózgu; wszelkie uczucia natomiast są z duszy.
Nie wiem, czy inne też, ale moja dusza zgrywała się z duszą rzeki doskonale. Radowała się rzeka, pomrukiwała i szczebiotała, podskakiwała z tej radości po większych kamieniach, falowała wzdłuż brzegu jak szczeniak ogonem i jak szczeniak pędziła, wyprzedzając mnie, i niechętnie zwalniała na krótką chwilę. Ruszałem tedy i ja z jej nurtem, rozumując, że jeśli nie pobiegnę z nią, to mnie zostawi na brzegu. Wcale nie dlatego, iż jej przyjaźń oziębła, lecz z konieczności. Przymiotem bowiem rzeki jest to właśnie, że ona płynie. To zaś jak rzeka płynie - stanowi o jej urodzie, o tym ilu ma wielbicieli i przyjaciół. Moja rzeka płynęła, popisując się przed nadbrzeżnymi kolegami. Przyjaźnie, choć zdawkowo rzucała cześć - cześć mijanym olchom; serwus - serwus mówiła do ławy koło Zelka, klepiąc wprawnie i szybko każdy z pali, na których ława stała; dzień dobry Wielki Kamieniu wymawiała z szacunkiem do płaskiego jak łoże, nieco skośnie wyrosłego spod koryta kamienia i przymilnie, acz z pewnym zawstydzeniem opłukiwała go po obu stronach, odpływając bez odwracania się za siebie.
Wiem to, bom słyszał i obserwował wielokrotnie bardzo nieśmiałe umizgi i z szacunkiem wypowiadane pozdrowienia, opalając się po kąpieli na Wielkim Kamieniu. Kamień brał wodę w usta i milczał jak to jest w zwyczaju kamieni; rad był jednak, że wzbudza respekt, bez słów przyzwalał na to, iż z ukrywaną czułością muska go w oba boki; z tego zadowolenia stawał się jakby mniej twardy i jeszcze chętniej przyzwalał, by przylgnąć do jego rozgrzanego cielska.
Mnie rzeka witała tak jakoś bezpośrednio - „chodźże Właduś, chodź”..., co było wystarczającą zachętą, iżby z nią biec, nie czekając na to, że zwolni na pierwszej głębiźnie, gdzie najbliżej nam było, by się chwilkę pociaplać. Tu zażywało się kąpieli, gdy czasu na nią było bardzo niewiele. Przejazd osobówki z Tymbarku do Limanowej był jak dzwonek, kończący czas przyjemności. Pospiesznie wykręcałem w olszynie gatki, wciągałem na mokre ciało porcięta i pędziłem do domu, by o stosownej porze wygonić krowy w las.
Kiedy czasu było więcej - szło się jeszcze niżej, koło Smolenia, gdzie rzeka wgryzała się w gościniec, a w 1934 roku przegryzła go na wylot. Po tej powodzi długi łuk gościńca - od Floriana aż do Ptaszka - zabezpieczono solidnym betonem. Nie mogła mu rzeka dać rady, więc się wzięła na sposób: wgryzała się pod beton. Zrazu nieśmiało, ledwie mogłeś dłonie w szczeliny włożyć, później ręce wchodziły po łokcie i głębiej. Ja zapamiętałem w tym miejscu największy odcinek wolniej płynącej wody, dość głębokiej, by się wygodnie kąpać; przy betonie toń była tak groźna, że dzieciom absolutnie nie wolno było w nią wchodzić, natomiast najodważniejsi kawalerowie skakali w nurt z krawędzi owego betonu.
W chłodniejsze dni, bądź rano, gdy jeszcze nikt nie pluskał się w wodzie, z podwyższenia tego można się było do woli napatrzeć rybom. Ogromne ławice popielato srebrzystych kleni defilowały, prezentując pomarańczowe płetwy. „O kurde, jakie jelce”, zachwycali się wszyscy: małe dzieci, podrostki i starsi. Idąc wolno blisko poręczy, a jaszcze lepiej przystając na chwilkę, można było dostrzec mniejsze stadka pstrągów, połyskujących karmazynowymi cętkami w okruszkach tęczy. Większe okazy tego gatunku pokazywały się w grupkach po dwie, trzy sztuki, podobnie jak ciemno oliwkowe, że aż prawie czarne, bliżej dna się trzymające brzany. W dni słoneczne, obserwując pod dogodnym kątem ławice dorodnych mieszkanek wody naszej rzeki, miało się jeszcze ułudne wrażenie zwielokrotnienia liczebności, jako że po dnie koryta poruszały się z tą samą prędkością cienie, popisując się podobnymi zwrotami, co prawdziwe ryby. Jeśli miał ktoś sporo czasu na podziwianie, a do tego trochę szczęścia, mógł zobaczyć ogromnego, starego pstrąga, który z innymi się nie spoufalał, wyruszał w rejs niespodziewanie, załatwiał swoje ważne sprawy w kurierskim tempie i znikał tak nagle jak się pokazał.
W górnej części „fajnej wody”, bliżej lewego brzegu, sterczał ów płaski, nieco skośny kamień. Dwie osoby mogły wygodnie na nim się opalać, jeszcze zostawało trochę miejsca na ręcznik. Kto kamieniem zawładnął w upalny dzień - miał powód do zadowolenia. Inni musieli kłaść się na kamieńcu, gdzie nawet przez koc bodły twarde otaczaki. Tylko najzwinniejsi wdrapywali się na beton przy gościńcu. Wygodnie było się tam położyć, ale gdy przejeżdżała wzbijająca kłęby kurzu furmanka, trzeba było zwiewać do wody. Oczy i usta można było zamknąć, jednak nozdrza i uszy skazane były na zapylenie; wilgotne brwi i włosy wyglądały potem jak przy młocce sztyftową młocarnią. Sprzyjającym zbiegiem okoliczności w jedno niedzielne popołudnie kamień znalazł się w naszym władaniu. Moczyliśmy się obaj z Jaśkiem w zniewalająco ciepłej wodzie, z błogością „pływałem” z dłońmi po dnie, pryskaliśmy się wodą ze znajomymi i nieznajomymi, to znów dosychali, sycąc się słonecznym szczęściem. Nieznajomych ubywało, znajomych było wciąż więcej; po pewnym czasie każdy był już kimś, skądś lub od kogoś. Stasia i Lilka były od ciotki, Marysia od Kazimierzowej; Leszek był z za rzeki, Kazek spod brzegu, a Olek zza lasu. Nieznana Jaśkowi z nazwiska pani z piegowatą dziewczynka była „z derki pod olszyną”. Jasiek był „naski”, a ja od Adama.
Trzej mężczyźni przesuwali się wolno głębią wody, dotykając często betonu, zanurzali pod wodę pojedynczo, czasem po dwóch, a niekiedy nawet wszyscy trzej wraz. Na nich teraz skupiła się uwaga pozostałych. Spenetrowali tak kilkanaście metrów, zawrócili z prądem. Zaspokojenie ciekawości przyszło do naszych uszu szeptem, ponad wodą. Nurkowali za rybami. Łowili je na rękę. Wynurzali się dysząc coraz ciężej, pokasłując i dziwnie wytrzeszczając zaczerwienione oczy. Wreszcie któryś powiedział „już dość”, inny „wystarczy” i zaczęli wychodzić na płytszą wodę. Wyłoniły się opalone plecy obu rosłych kawalerów i rudo obrośnięty, krótki tors Jaśka z Wierzchowiny. Spłowiałe, długie lniane kalesony oporniej wynurzały się niż ciała ich właścicieli, ukazując bezwstydnie czemuś białe, wcale nie opalone okolice krzyży i bioder, ledwie nie zsuwając się z tyłków; wydłużyły się jakoś dziwnie poniżej kolan i zatelepały wreszcie jak wóz ze snopkami na pochyłym zakręcie.
- „Ale mają ryb” - niosło się szeptem uznania i zazdrości. Litując się nad moją zdziwioną miną, Jasiek dopowiedział: „Trockami mocno owiązali przy samej kostce długie gacie. Leż tu sam chwilę, a nie próbuj przechodzić na tamten brzeg, bo się utopisz”. Sam jednak pobiegł zaspokoić ciekawość, zobaczyć na własne oczy, co złowili. Płytką wodą zbiegłem nieco niżej, próbowałem podglądać jak się schylali albo przyklękali, wkładali ryby do cebrzyka. Bardziej się tego domyślałem, niewiele dostrzegając w gąszczu nóg gapiów, okalających wydarzenie.
- Nachwytali ryb do piernika - rzekł Jasiek po powrocie - w cebrzycku będzie pół ćwierci, a Jaśkowi zostało jeszcze prawie wiadro. Jelce jak smoki, dwie brzany i takie piykne pstrągi...
- Ale tego największego, mądrego pstrąga chyba nie złapali? - spytałem.
- Nie, tego nie dostali; jest zbyt cwany, żeby się pozwolił do gaci wpuścić!
Wiadomość ta bardzo mnie wtedy uradowała.


Tarnów, 13 kwietnia 2000 roku.



MIASTECZKO Z BISKUPEM


No więc szukałem tego wiersza o Kazimierzu Górnym w starych folderach nooo, i patrzcie co wynalazłem: uwaga, uwaga - nigdzie nie publikowany tekst znakomitego znawcy krajów dalekich, miejsc oraz osób na co dzień niespotykanych ... a inspiracją była rzeczywiście upierścieniona dłoń dostojnika kościelnego, który ją łaskawie wywiesił poza okno limuzyny w Warszawie na ulicy Miodowej a On widział! A upał tego dnia był straszliwy ...
A sobie przerobił tak na a'la Marquez :
(poloniści niech zamkną oczka na interpunkcję)

Miasteczko z biskupem

Miasteczko to nie było siedzibą Biskupa. Jednakże osobistość taka zamieszkiwała na peryferiach w tzw. dzielnicy willowej. Były to właściwie stare domy o nijakiej architekturze, budowane kilkadziesiąt lat przed moim przyjściem na świat przez ówczesnych członków elity miasta. Niektóre z nich wyróżniały się oplatającymi je winoroślami, które zarosły nawet okna przydając domostwom tajemniczości. Dawnej świetności broniły, rozsypujące się teraz ozdobne gzymsy, tralki balkonów, zmurszałe figurki pośrodku zaniedbanych gazonów.
Dom Biskupa nie wyróżniał się niczym - może niezbyt często mytymi szybami okien, do których mycia, z powodu swojego skąpstwa nie nazbyt często wynajmował skądinąd chętne do takich prac miejscowe kobiety. W głębi posesji stal niewielki domek .Mieszkał w nim mężczyzna przez mieszkańców miasteczka nazywany zakrystianinem, choć z tą funkcją niewiele miał wspólnego. Pełnił przy swoim panu wszelkie możliwe inne: od zakupów żywności po gotowanie, sprzątanie, drobne naprawy popadającego w ruinę domostwa . Najbardziej zaszczytną jednak, i tą która sprawiała mu najwięcej radości było kierowanie biskupim samochodem. Był to amerykański krążownik o nieokreślonym roczniku. Przeróbki, których dokonał zakrystianin skutecznie uniemożliwiały rozpoznanie marki . Zamocowane na nadwoziu różne znaki firm, dodatkowe spojlery, lampy i ozdoby mogły zmylić nawet znawcę marek samochodów. W mniemaniu zakrystianina te wszystkie dodatki dodawały splendoru i świadczyły dobrze o jego zdolnościach manualnych. Widomą tego oznaką była jego dumna mina i postawa podczas kierowania samochodem. Wyjeżdżano nim niezwykle rzadko. Tylko z okazji wielkich świąt katolickich. Przejazd przez miasteczko, zawsze tą samą trasą , trwał kilkanaście minut. Pojazd Biskupa sunął majestatycznie. On, w swoich purpurach siedział na tylnym siedzeniu z prawej strony. Szyby okien były przyciemnione, więc twarzy Jego Eminencji nie można było zobaczyć. Czasami uchylał nieco okno i wystawiał na zewnątrz swoja upierścienioną dłoń. Była to pulchna, biała łapka z wypielęgnowanymi paznokciami, kilkoma lekko brązowymi plamkami wątrobowymi. Zwisała bezładnie na zewnątrz szyby jak martwa. Co jakiś czas, wykonywał nią jakieś minimalne ruchy, które co bardziej spostrzegawczy czytali jako znak krzyża błogosławiący idących. Jeśli pozwalała na to szybkość samochodu , z kolorowych tłumów, które poboczem zmierzały na centralne uroczystości wyrywały się co bardziej pobożne kobiety i całowały nabożnie biskupią prawicę. Wehikuł jechał bardzo wolno, torując sobie drogę wśród przyszłych procesjantów, ale i tak niektóre z kobiet pozostawały za nim z dzióbkami ust jak do całowania
i wyciągniętymi rękoma.
W moich czasach studenckich nie bywałem zbyt często w rodzinnym miasteczku. Wiadomość o odejściu z tego świata Jego Eminencji nadeszła tuż po sesji wiosennej i postanowiłem pojechać wziąć udział w ostatniej ziemskiej podróży zmarłego.
Pogrzeb był mniej okazały niż się spodziewałem. Kilku księży, jeden biskup. Dopisali tylko mieszkańcy miasteczka. Trumnę z doczesnymi szczątkami duchownej Osoby nieśli ci, którzy w święto Bożego Ciała zapewniali cień baldachimu. Nie mogli widzieć, jak spod wieka
wysunęła się biała, pulchna łapka, już bez sygnetu na palcu, a było to w miejscu gdzie tłumy żegnających dostojnika były najgęstsze a szloch kobiet najbardziej przejmujący.

Lato 2000



obok


To nieistotne, gdzie była.

Mógł to być przystanek autobusowy,
poczekalnia u boga,
przestawiana ławka w parku, przemalowywana po raz? przykręcana do betonu, mocowana łańcuchami,
albo szeleszcząca trawa, uciekające pawie, wiewiórka albinos,
albo kilometry chodników, osiem pasów autostrady, lub piasek,
albo miękkie, rude igły sosen, kamienista plaża, dzieci na karuzeli,

mogła to być pusta sala muzeum, obraz, o którym tylko ona pamiętała, skrzypiący parkiet, kurz w łońcu, prostokąt błękitu z tytułem,
las w wietrznym szumie,
kwiat, który rozwinął się w mgnieniu, gdy go rysowała i obejrzała się na pół sekundy, mniej? bo podbiegł pies, mały, biały, kudłaty i szczeknął, gdy oczy wróciły do rysunku, scena była inna, nie było pąku, był fioletowy irys, świecący żółto-białą nowością wnętrza, wabił,

albo spacer kamienistym nabrzeżem lodowatego jeziora, gdy on schylił się po kamyk, okrągły, otoczak, pebble, kawałek bazaltowej skały, oderwany dawno, siłą,
kamyk, który jej podał, grzał dłoń, ciepły zastygłym słońcem popołudnia, suchy, daleko od fal, z pamięcią bryły,
trzymała go, obracała, szukała, czas w dłoni, okruch chwili, który kiedyś musiał się oddzielić od skały, jezioro przypływem zaglądało za falochron, żądało ekwilibrum, wymagało zwrotu, na miejsce, podglądało, woda zabierała obraz,

albo wiatraki, które wirowały w jedną stronę, rzucały długi cień, cień się kręcił, niemożliwa ucieczka przed wiatrem, przywiązani do siebie wolą wiatru, wiatraki przystawały na oddech, by rozejrzeć się,
delirium tańca po okręgu, taniec cienia na kukurydzianym rżysku, na którym nocą odświeżały ścieżkę sarny, z kierunkiem na gwiazdy, znikały w śmigłach wiatraków, zdziwione, traciły krok, wpadały na siebie,

albo gwiazdy odbite w kałużach, w szybach samochodów, kiedy patrzyli na deszcz leonidów, wierząc, że będą sami, a całe pobocze drogi zamieniło się w auto-amfi-teatr, gwiazdy spadały cicho, plejady w kałużach, sarny gubiły ślady,

szła niebem, polem, jeziorem, lasem, piaskiem, chodnikiem, parkiem, przysiadała na ławce, w poczekalni, czekała na autobus.

Wszystko było.
Obok.

2008.03.17
  
 
 
Marcin 

Wiek: 49
Dołączył: 16 Wrz 2007
Posty: 4610
Skąd: Lubin
Wysłany: 2009-03-01, 22:18   

Pamiętaj o kluczach


- Pamiętaj, klucze są na trzecim piętrze, u Majewskiej! Będzie podlewać kwiatki! – starsza pani krzyczała do słuchawki.
Pasażerów wzywano do końcowej odprawy.

Starsza pani miała problemy ze słuchem, z tego powodu wydawało się jej, że mówi za cicho, ponieważ i siebie słabo słyszała, w rezultacie mówiła dużo głośniej niż inni. Już od dawna nosiła to lepszy, to gorszy aparat słuchowy. Przedostatni cud techniki zmęczył i ją i całą jej rodzinę. Był drogi, ale po kilku latach używania coś się w nim zepsuło.
- Program - jak to mówiła starsza pani – jest przestarzały, więc aparat piszczy.
Istotnie, wydawał wysoki dźwięk, który słyszało wiele osób z otoczenia posiadaczki współczesnej trąbki do ucha, a ona chociaż pisku nie słyszała, powtarzała za innymi, że piszczy.
- Może te trąbki były lepsze? Jak pani myśli, pani Natalio? – pytała często przyjaciółkę starszej córki, osobę cierpliwą i dobrze wychowaną, która nigdy nie dała do zrozumienia, że pytanie o trąbkę padało w ich rozmowach często, ostatnio coraz częściej.

Starsza pani miała już osiemdziesiąt siedem lat. Wiele osób, słysząc to, wpadało w zadziwienie, ponieważ starsza pani absolutnie na tyle nie wyglądała. Ludzie albo wyglądają albo nie. Niektórzy posuwają się rok po roku w latach, i nie da się ich zatrzymać, ciągnięci niewidzialną liną lat w dół, do góry, nie wiadomo dokładnie dokąd. Natomiast inni, jak starsza pani, zatrzymują się któregoś dnia w miejscu, dzięki jakiemuś supełkowi losu, mieszance genetyki, planetarnego zbiegu okoliczności. Czas się ich nie ima, mogą tracić słuch, psuje im się wzrok, ich biodra zastępują metalowe protezy, zęby plastikowe, zaczynają dygotać ręce, wsypujące cukier do herbaty, ale poza tym, czas nie ma do nich dostępu. Starsza pani, zewnętrznie, była właśnie taką nietykalną osobą.

Podróże za ocean odbywała regularnie, a przez ostatnie dziesięć lat, gdy jej trzecim mężem był pan Stanisław, z liczną rodziną w Polsce, latała do ojczyzny co roku. Najpierw, po ślubie, razem z mężem, spędzali letnie miesiące w Polsce, bo lato w Chicago było dla nich za gorące. Odwiedzali krewnych, zatrzymując się u nich, lub, jeśli podróże wiodły ich do większych miast, w hotelach. Najchętniej mieszkaliby tylko w hotelach, żeby nikogo nie krępować, ale to nie zawsze było możliwe.

- Pani Danusiu, – pytała starszą panią przyjaciółka jednej z córek – niech mi pani zdradzi tajemnicę, jak pani to robi, że jeszcze chce się pani tam latać? Skąd bierze pani siły, żeby znosić niewygody podróży? Przecież lepiej byłoby kupić mieszkanie tu, gdzieś na Florydzie, w Arizonie i spokojnie odpocząć. Podziwiam panią.

Starsza pani, pani Danusia, uśmiechała się wtedy tylko i iskierki w ciągle bardzo żywych, ładnych, ciemnych oczach, zapalały się ciepłym blaskiem, gdy odpowiadała:

- Wie pani, pani Natalio, to jest silniejsze ode mnie. Zawsze ciągnęło mnie do kraju. A jeszcze ostatnio, jak się tyle zmieniło na lepsze, na lepsze, to bardzo lubię tam bywać – tłumaczyła, wymawiając bardzo dokładnie wszystkie ę i ą, co zwykle zaskakiwało rozmówców. – Oczywiście, wie pani, mogłabym przenieść się do innego stanu, gdzie nie ma zimy, lepszy klimat, ale córki są tutaj, więc? Więc, pani rozumie, więc nie mogę inaczej. Do Polski będę latać, dopóki zdrowie będzie dopisywało.

To „więc”, było jednym z ulubionych słów pani Danusi, było przerywnikiem, pytajnikiem, czasem dawało okazję do zastanowienia się, dobrania słowa, zebrania myśli. Jej dykcja była bardzo staranna, przyjemnie słuchało się wyraźnie wymawianych zgłosek, przypominało to teatralny język w przedwojennej Polsce. Podobnie mówił i jej mąż, pan Stanisław, profesor historii, od dwudziestu lat na emeryturze, dla którego polskie życie skończyło się w momencie śmierci pierwszej żony.

Amerykańska przygoda profesora, zaczęła się u schyłku jego życiowego kalendarza, ale od początku nęciła go nowością, niespodziankami. Po przeniesieniu się do Ameryki, pan Stanisław lubił opowiadać każdemu, kto tylko chciał słuchać, o tym, jak się zakochał w pani Danusi, jak nieoczekiwanie znalazł przyjazną duszę w dystyngowanej, starszej pani, która pewnego dnia przyleciała w odwiedziny do swojej siostry.

Zaczął się staroświecki, bardzo nieśmiały romans, jako że oboje nie bardzo wiedzieli, co zrobić z uczuciem, które podarował im los... u schyłku życia. Były kwiaty, szarmanckie całowanie rąk, rumieńce, ponieważ tak pani Danusia, jak i pan Stanisław rumienili się często, co odkrywało postronnym rąbki tajemnic ich uczucia. Po oświadczynach, które odbyły się w Polsce, podczas kolejnej wizyty pani Danusi, zaczęto zastanawiać się nad ślubem i nad tym, kto, gdzie się przeprowadzi. Rozmowy właściwie od początku miały jedyne szczęśliwe zakończenie, lub początek, z amerykańskim adresem. Nie mogło być inaczej, ponieważ pani Danusia w Stanach miała córki, wnuki, dom, miała emeryturę, którą regularnie odbierała od federalnego listonosza. Ponadto znała obydwa kraje, chociaż Amerykę dużo dłużej i chyba lepiej niż Polskę. Panu Stanisławowi natomiast, gdy po zaręczynach planowali przyszłość, zaczęła się marzyć nieznana Ameryka i chętnie przystał na propozycję wyjazdu za ocean.

Od jakichś dwóch lat pan Stanisław zaczął cierpieć na głęboką depresję. Początkowo po prostu wyłączał się z rozmów, siadał w kącie, z dala od wszystkich, wpatrywał się w coś, w siebie. Rodzina myślała, że to zmęczenie, że nostalgia za krajem, że smutek, że wiek, pan Stanisław miał osiemdziesiąt cztery lata, mógł się czuć zmęczony, lub smutny, mając w swojej kolekcji tyle kartek z kalendarza, wspomnień, strat, upadków, wydawało się, że najzwyczajniej: miał prawo do depresji. Był człowiekiem krytycznie nastawionym do życia a będąc Polakiem optymizmem nie grzeszył, chociaż uczył się go od swojej nowej żony, od dawna mieszkającej poza ojczyzną,. Pesymizm, malkontenctwo a także krytyczny stosunek do rzeczywistości również nie były skuteczną bronią w walce z coraz straszniejszymi smokami smutku i rezygnacji.

Depresja pogłębiała się, mimo regularnie przyjmowanych leków, które według lekarzy miały pomóc w wydobyciu energii ze starszego pana, obudzeniu woli do życia. Pan Stanisław, mimo że - jak twierdził ze szczerym przekonaniem i rumieńcem - był zakochany w pani Danusi, jego drugiej, prawdziwie dojrzałej miłości życia, czuł się samotny. Nie znał angielskiego, gdy przenosił się za ocean, ale to nie było konieczne, ponieważ z racji swojego wieku nie musiał pracować, dostawał przecież regularnie polską emeryturę, którą przynosił mu ten sam, co pani Danusi, federalny listonosz. Po dziesięciu latach w Stanach nadal nie znał angielskiego, tracił słuch, zamykał się w sobie, by ożywać, tylko, kiedy pani Danusia znajdowała się w pobliżu. W końcu i jej obecność niewiele pomagała. Rodzinne konsylia, po obu stronach oceanu, zdecydowały, że najlepiej będzie, jeśli pan Stanisław wróci do Polski, najlepiej dla wszystkich. Coraz częściej sam starszy pan powtarzał, że tak naprawdę to on nigdy Ameryki nie lubił i nie polubi już na pewno, bo ma na to stanowczo za mało czasu.

- Jak można polubić język, w jakim nie da się tworzyć zdrobnień? Pani Natalio, przecież to świadczy o ubóstwie języka – powtarzał, gdy ich dyskusje przechodziły na tematy lingwistyczne. Natalia wiedziała, że z tymi zdrobnieniami jest trochę inaczej, ale nie wdawała się w dysputy z panem Stanisławem, nie chcąc podważać jego opinii.

- Pani Natalio, więc musiał wyjechać. Po prostu źle się czuł, no i tęsknił za córkami, za swoim miastem, za znajomymi miejscami, za krajem, językiem. Więc się zgodziłam, więc pani rozumie, nie było innego wyjścia. Teraz żałuję, dlatego tam lecę, żeby zobaczyć męża.

Nie była to łatwa decyzja i zanim doszło do wyjazdu starszego pana, pani Danusia wiele godzin spędziła na rozmowy ze swoimi córkami, Ewą i Małgorzatą, wypłakując wciąż tę samą litanię skarg w słuchawkę, że nie pozwoli mu wyjechać, że nie po to wychodziła za mąż, żeby teraz zostać sama, że go kocha, że wie, że w Polsce nie będzie mu lepiej, że koniecznie, koniecznie trzeba coś wymyślić.

Któregoś dnia, już po ustaleniu daty nieodwołalnego wyjazdu, pan Stanisław niespodziewanie sam zmienił zdanie, twierdząc, że zostanie. Być może obudził się na krótko z mrocznego letargu, depresja oszukana i podleczona lekami dała mu szansę, otwierając furtkę, przez którą mógł rozejrzeć się w życiu, na nowo podjąć decyzję. Na komodzie w sypialni leżał już nawet wykupiony bilet w jedną stronę, do Warszawy - w jedną stronę, bo przecież nie miał zamiaru wracać. Po jakimś czasie jednak jeszcze raz zmienił, czy raczej wspólnie zmieniono decyzję i podróż miała się odbyć w obydwie strony, pod warunkiem, że powrót będzie wspólny, że do Chicago przylecą z żoną razem i już nigdy, przenigdy się nie będą rozstawać.
- Until death do us part. Dopóki śmierć nas nie rozłączy – powtarzali w obu językach, patrząc sobie w oczy.

- Pani Natalio – mówiła pani Danusia – ja doskonale wiem, czemu mąż chce lecieć do Polski. Ponieważ chce tam umrzeć. Jestem przerażona, że nie mogę mu w tym przeszkodzić. Wie pani, w naszym wieku, jak ktoś bardzo chce umrzeć, to może przez same myśli zaprosić swoją śmierć. Więc, co mam robić, jak mam go przekonać, żeby tak nie myślał?
Mówiła to z rezygnacją, ze spokojnym przekonaniem, bez żadnego drżenia w głosie, bez mgły w oczach, bez zastanowienia, jakby wszystko dawno przemyślała i po prostu wiedziała: tak było. Znali się niemal dwanaście lat, z czego dziesięć byli małżeństwem, to wystarczająco długo, by kogoś poznać.

- Często, jak jeszcze tu mieszkał, czytaliśmy wspólnie Psalmy, znaliśmy wiele na pamięć...
To prawda, czasami recytowali niektóre Psalmy przy wielkanocnym stole. Kiedy po obfitym śniadaniu goście szukali miejsca na odpoczynek, na kwadrans oddechu przed deserami, lub po prostu na rozmowę, wtedy pani Danusia i jej mąż siadywali na krzesłach w jadalni, jak zwykle trzymając się za ręce. Rozmawiali ze sobą, zadowoleni, z rumieńcami na twarzach i często ich cicha rozmowa przechodziła w recytację. Działo się to bardzo naturalnie, siedzieli obok siebie i recytowali półgłosem, jak wspólną modlitwę, pieśń dziękczynną, słowa zachwytu wyrażanego prawie obcymi, wiekowymi słowami. Wtedy reszta gości przycichała, przysłuchiwała się deklamacji, czasem bijąc brawo i komentując doskonałą pamięć starszych państwa.

Jakokolwiek szczęście ku mnie się postawi,
Bądź radości, bądź mię frasunku nabawi -
Panu ja dziękować będę ze wszystkiego,
W uściech moich ustać nie ma chwała Jego.
...
Szukałem Go, a On ucho ku mnie skłonił
I we wszytkich trwogach moich mię obronił;
Weń patrzcie, będziecie prawie rozświeceni,
A być nie możecie nigdy zawstydzeni.

... Skosztuj, kto chce tego: Pan to dobrotliwy;
Ktokolwiek w Nim ufa, człowiek to szczęśliwy.
Ważcie Pana, wierni, według powinności:
Nie masz niedostatku, gdzie Pan w uczciwości.

Lwi drapieżni, którzy siłom swym ufają,
Często niedostatku i głodu doznają;
Ale tym, co kładą swą nadzieję w Panie,
Z Jego łaski zawżdy wszytkiego dostanie.

Do mnie przydźcie, dziatki, a tu posłuchacie,
Z jaką uczciwością Panu służyć macie.
Słuchaj mię, kto pragnie długiego żywota
A chce wieku swego zażyć bez kłopota.

Zachowaj swój język od wszetecznej mowy
A nie myśl inaczej, niźli mówisz słowy;
Porzuć złość wszelaką, sprawuj się przystojnie,
Szukaj, jakobyś mógł żywot wieść spokojnie.

Patrzą Pan na dobre okiem miłosiernym,
Ani ucha zamknie przed człowiekiem wiernym;
Patrzą i na grzeszne oczyma srogiemi,
A ich pamięć wszytkę wygładzi na ziemi.

Wolał sprawiedliwy, a Pan ucho skłonił
I w każdej przygodzie znacznie go obronił.
Blisko Pana mają ludzie utrapieni,
Smutni z łaski Jego będą pocieszeni.

Siła na pobożne frasunków przychodzi,
Ale je zo wszytkich sam Pan wyswobodzi;
Pan ich kości strzeże od wszelkiego razu,
Jedna z nich żadnego nie ma uznać skazu.

Złego złość pobije, a kto zajźrzy cnocie,
Wszytko zgubi i sam zniszczeje w kłopocie;
Pan sług swoich broni, szkody nie uznają,
Którzykolwiek w Jego łasce ufność mają.

Psalm 34, Jan Kochanowski, Psałterz Dawidów
Benedicam Dominum in omni tempore

Święta Bożego Narodzenia i Wielkanoc przeważnie spędzali u starszej córki pani Danusi, Ewy, dokąd z przedmieść Chicago młodsza córka, Małgorzata przywoziła ich zwykle na kilka dni.

Pani Danusia od ponad półtora roku przestała prowadzić samochód. Nie zdała praktycznego egzaminu, gdy przyszło odnawiać prawo jazdy. Tak naprawdę, nigdy nie była dobrym kierowcą, dużym przeżyciem była jazda z nią do sklepów, czy do znajomych. Natalia często słyszała o rozmaitych przygodach pani Danusi za kierownicą. Myliły jej się kierunkowskazy, dźwignie, przyciski, nie wyczuwała odległości od budynków, drzew, krawężników, szerokość pasa jezdni była nie do przewidzenia, wszystko poza samochodem żyło, zmieniało się jak w grze komputerowej, żadne prośby starszej pani, lubiącej ład i elegancję, nie były w stanie ujarzmić świata za szybą samochodu.

Pewnego dnia starsza córka postanowiła namówić matkę do sprzedania samochodu, ponieważ ostatnio i tak najczęściej stał w garażu. Pan Stanisław trochę nim jeździł, ale że nauczył się sztuki prowadzenia czterokołowców dopiero, jak sam o tym mówił, u schyłku życia, również i jego styl szoferowania pozostawiał wiele do życzenia. Córki przekonały panią Danusię, że pieniądze za samochód wystarczą na długo, na wiele, wiele taksówek, że gdy auto zniknie z garażu, to będą spokojniejsze i oni i one. Tak się też stało, samochód sprzedano, nie trzeba było codziennie wydzwaniać do starszych państwa, by sprawdzić, czy bezpiecznie dojechali do domu. Zaczęły się - oczywiście - inne problemy, ale wydawały się zupełnie błahe w porównaniu z zażegnanym niebezpieczeństwem, czyli jak wszyscy poza panią Danusią i panem Stanisławem twierdzili„unikniętą” kraksą samochodową.

W Stanach i w Polsce rodzina, przyjaciele, znajomi, odchodzili, po kolei przeciągani na drugą stronę liną lat, świat malał, kurczył się. W przypadku pana Stanisława, ograniczał się coraz częściej do maleńkiej sypialni, dawniej służącej za bibliotekę i pokój do nauki, w mieszkaniu jednej z córek. Mieszkanie to oddał jej przed przeprowadzką do Stanów. Takie rozwiązanie było wtedy jedynym, praktycznym, nie wspominając o tym, że kochał córki i chciał im coś od siebie podarować. Nie przypuszczał, że kiedyś wróci do kraju.

Córki pani Danusi, które podobnie jak i matka, miały silne charaktery, od jakiegoś czasu próbowały przekonać matkę, by wyprawiła męża do Polski. Uważały, że to będzie najlepsze rozwiązanie, ponieważ widziały jak bardzo brakuje mu kontaktu z ludźmi, z językiem, coraz częściej chorował i uparcie nie chciał się leczyć, nie wierząc amerykańskim lekarzom. Niestety, nawet w Chicago nie zawsze można było znaleźć odpowiedniego specjalistę, który by znał polski. Wizyty często były przekładane z tygodnia na tydzień, bo wizyta u amerykańskiego lekarza, wymagała obecności tłumacza a rodzina nie zawsze miała czas, żeby pomóc w takich przypadkach.

Córkom, żal było patrzeć, jak oboje się męczą, jak w dni gorszego samopoczucia pana Stanisława, mama płacze i godzinami prosi, żeby się odezwał, żeby coś zjadł, perswaduje, żeby wziął lekarstwa. Przekonywały matkę, że im wcześniej wyjedzie, tym większa szansa na pomoc, podleczenie, poprawę, że tak będzie najlepiej. Podobnie córki z drugiej strony oceanu, które czasem obawiały się, że ich ojcu dzieje się krzywda. Nie mogły z nim rozmawiać przez telefon, rozumiejąc, że powodem była postępująca głuchota ojca, co w kontaktach domowych było przezwyciężane cierpliwością i czułością pani Danusi, jej coraz głośniejszym, wielokrotnym powtarzaniem zdań, pytań, ale przez telefon była to przeszkoda prawie nie do pokonania.

W końcu, tuż po świętach Bożego Narodzenia, Pan Stanisław wyjechał, Pani Danusia płakała. Telefonowała często do Polski, do córek pana Stanisława, rozmawiała z nimi, wypytywała o zdrowie męża, o to, co je, czy chodzi do kościoła, na spacery, co mówią lekarze, czy pisze książkę? Nie mogła rozmawiać z mężem, bo i tak by jej nie słyszał. Ona miała specjalny, jak określała hajtek telefon, który był jej łącznikiem z zewnętrznym światem, on tego nie miał. Nadal był w mocnym uścisku depresji, która tylko od czasu do czasu otwierała ramiona i pozwalała na w miarę normalne kontakty z otaczającą go ukochaną, polską rzeczywistością.


- Natalia? – starsza córka pani Danusi dzwoniła do Natalii – Wciąż przerywa, to przez te burze. Przepraszam. Czy będziesz na recitalu Angie?
- O, cześć! Cześć Ewo – odezwała się Natalia. - Tak będziemy, razem z Mateuszem. Na krótko, ale wpadniemy. Co słychać?
- Wszystko, prawie, w porządku.
- Co to znaczy: prawie?
- Mama już jest w Polsce...
- Już doleciała? To świetnie. Pozdrów ją ode mnie. A jak się czuje?
- Mama? Dobrze, ale Stanisław jej nie poznał. Tak jak przewidywaliśmy. Nie pamięta, że to jego żona. Mówi do niej proszę pani.
- Przesmutne. Jak ona to znosi?
- Nie wiem, nie pytałam.
- Nie pytałaś?
- Nie miałam czasu.
- Nie rozumiem?
- Okradli ją.
- Jak to? Kto? Kiedy?
- W sanatorium, wyszła na chwilę z pokoju. Zabrali wszystkie pieniądze. Wszystkie. Całą gotówkę, kilka tysięcy.
- Naszych, czy ich?
- Naszych.
- Boże. Co teraz?
- Nie wiem, nie rozmawiałam z nią długo, bo nie była w stanie.

Przed sanatorium był bardzo wygodny podjazd dla pojazdów, duży parking, wyposażone w windy, nowoczesne, schludne, nie tak, jak bywało to kiedyś w czasach Peerel-u. Pieniądze „zostawiają” tu nie tylko Polacy, ale i inne nacje. Pani Danusia należała do pełnopłatnych gości i do tego miała męża, któremu też zapłaciła część pobytu, tę część, której nie pokrywała polska ubezpieczalnia. Zapłaciła, zanim pieniądze, jakie ze sobą przywiozła na dwumiesięczny pobyt, nie znikły z pokoju.

- Zejdziemy do jadalni? – zapytała pana Stanisława, gdy w końcu uporali się z zawiązaniem krawata. Uparł się, że założy krawat, lecz w chwili kiedy zabierał się do wiązania, spojrzał w lustro, i wtedy zobaczył przed sobą tę obcą twarz. Odwrócił się na moment, jakby chciał sprawdzić, kto to. Nikt za nim nie stał, a jednak w lustrze odbijała się twarz obcego mężczyzny. Pan Stanisław postanowił więc odsunąć się od lustra i zawiązać krawat z pamięci, ale od razu zapomniał, dlaczego trzyma w dłoniach krawat. Tak naprawdę już nie był pewny, do czego jest ten pasek materiału - pasek materiału w kolorowe prążki – wyglądał na całkiem niepotrzebną rzecz, bo do czego mógł służyć?
Wtedy usłyszał głos dobiegający z łazienki
- Czy pomóc ci? – zapytała go pani Danusia.
Zdziwiony samym głosem, przypomniał sobie, że mieszka tu z elegancką, starszą kobietą, która bardzo dba o swój wygląd, i że to pewnie ona jest teraz w łazience. Ta pani przywiozła ze sobą różne zdjęcia osób, o których mówiła ciepło i z czułością. Pokazywała mu na nich mężczyznę, który podobno miał tak samo na imię jak on, Stanisław. Tak, to jeszcze pamięta, swoje imię, ale czasem i ono umyka, szczególnie, gdy nagle pytają go o nie obce osoby. Świat robi się coraz bardziej obcy.

- Nie zakładasz krawata? – zdziwiła się pani Danusia, gdy zobaczyła, że mąż trzyma nie zawiązany krawat. – Mówiłeś, że założysz? Zawiązać?
- Nie, dziękuję. Pani nie powinna się tym zajmować, to męskie sprawy.
Pani Danusia nie zareagowała, dyskusja z mężem nie miała sensu. Od razu pierwszego dnia po przylocie zrozumiała, że męża nic i nikt jej nie odda, że odszedł w swoje krainy, okolice, w których bywa sam, lub z ludźmi, którzy - jego zdaniem - pojawiają się przed nim na chwilę, powtarzając swoje imiona, nazwiska, adresy, jakby to było do czegoś potrzebne, jakby zapamiętanie ich słów miało jakieś znaczenie.

A człowiek? Człowiek: jest, po prostu jest, to najważniejsze, jest, czuje, oddycha, mówi, patrzy, siada przy oknie, żeby po chwili wstać i wyjrzeć przez parapet, zobaczyć ptaki, i jak one spróbować latać...

Pan Stanisław chciałby być ptakiem, pofrunąć, łagodnie poszybować nad skwerkiem przy sanatorium i dalej nad parkiem. Wszyscy bardzo by się dziwili, cieszyliby się, klaskali, a on leciałby w ciemnym garniturze, w białej nakrochmalonej koszuli, a w butonierce miałby biały goździk od tej eleganckiej kobiety, która przed chwilą wyszła z łazienki.

- Pozwól, zawiążę ci. Mam wprawę – powiedziała do męża pani Danusia, biorąc w dłonie końce kolorowego paska materiału. Pan Stanisław uśmiechnął się i zgodził się, żeby zawiązała mu ten śmieszny pasek na szyi. Patrzył przy tym niby na żonę, ale bardziej gdzieś głęboko, daleko szklanymi, nieobecnymi oczyma. Usłyszał dzisiaj, a może to było kiedy indziej? że jego córka, ta młodsza, która czasem przyjeżdża tu w odwiedziny, mówiła, że ta kobieta to jego żona, ale on wie, że to nieprawda. Jego żona wygląda inaczej, jest dużo młodsza, ma jasne włosy, i widocznie musi być bardzo zajęta skoro tu z nim nie przyjechała.

- No widzisz Staszku? Bardzo ładnie wygląda, pasuje do garnituru. Bardzo, naprawdę elegancko. Więc? Więc co, zejdziemy do jadalni?
- Jak pani sobie życzy – odparł pan Stanisław.

Wyszli z pokoju i zeszli na dół. Na szczęście do pokonania było tylko siedem schodów, chociaż i to wydawało się za dużo. Pani Danusia nie lubiła schodów od czasu, gdy spadła z kilkunastu stopni i odwieziono ją do szpitala. Stało się to ostatniego lata, również tu w Polsce. Obiecała sobie wtedy, że już nigdy nie pojedzie nigdzie, gdzie będzie musiała chodzić po schodach. Jednak teraz nie miała wyboru, pan Stanisław za żadne skarby nie chciał wsiąść do windy.
- Kategorycznie odmawiam, odmawiam – mówił i nawet nie chciał spojrzeć na stalowe drzwi.

Na jadalni goście jedli już drugie danie. Kelnerki zbierały ze stołów głębokie talerze, wazy, poprawiały obrusy, donosiły kompot w dzbankach. Pan Stanisław rozglądał się po sali, jakby pierwszy raz widział to miejsce. Kolejny, pierwszy raz.
- Przyjemnie tu. Ładnie. Dziękuję, że mnie pani zaprosiła – uśmiechnął się do eleganckiej kobiety, która trzymała go pod rękę.

Pani Danusia, powstrzymała łzy, nie odezwała się ani słowem. Upłynęły zaledwie dwa dni od przylotu, a już marzyła o powrocie. Po dwóch dniach tutaj była bardzo zmęczona wypoczynkiem. Wiedziała, że w Chicago czeka na nią puste mieszkanie, rutyna codzienności przerywana krótkimi wizytami znajomych, córek, wyprawami do kosmetyczki, fryzjerki, lekarzy, ale samotność jej nie martwiła, patrząc teraz na męża, była wdzięczna losowi, że jej świat ma jeszcze imiona, nazwiska, adresy, telefony, ceny, rachunki, terminy, tyle rzeczy i spraw do zapamiętania. Była bardzo zmęczona, smutna, chociaż postanowiła sobie, że będzie z całych sił walczyć o męża.

- Oj Staszku, zapomniałam o czymś – odezwała się do pana Stanisława, który właśnie utykał serwetkę obiadową pod kołnierz koszuli, bardzo zaabsorbowany tą czynnością. Nie była pewna, czy zamknęła drzwi od pokoju.
- A może niepotrzebnie się martwię? Więc...? – myślała - Po obiedzie sprawdzę. Zaczekam.

Po obiedzie, jak wielu innych gości, wyszli na taras, poczuć ciepło popołudniowego słońca, które o tej porze nie docierało do ich pokoju. Pan Stanisław przyglądał się z uwagą kwiatom w gazonach, barierkom z kutego żelaza okalającym taras, uśmiechał się do przelatujących ptaków, głównie były to wróble przemieszane stadem białych gołębi. Ptaki te od lat wiedziały, że przy sanatorium mają dobre schronienie, urozmaiconą dietę. Nauczyły się również unikać ludzi w białych kitlach, ale wiedziały, że reszta osób była im przychylna. Tę wiedzę przekazywały sobie z ptasiego pokolenia na pokolenie.

- Staszku, pójdę na chwilę na górę, ty tu posiedź, poczekaj na mnie – powiedziała pani Danusia i weszła z powrotem do budynku. Cały czas przy obiedzie myśl o drzwiach nie dawała jej spokoju, czy je zamknęła? Mogła liczyć tylko na siebie, bo mąż i tak pewnie nie pamiętałby, a przede wszystkim nie chciała go niepotrzebnie irytować. Już kilkakrotnie w ciągu dwóch dni zdenerwowały go drobiazgi, kiedy zapytała o coś, czego nie była pewna, obruszył się tylko i ofuknął ją, że to nie jego problem, że powinna myśleć o tym, co robi, bo czemu niby on, obca dla niej osoba, ma się zajmować jej sprawami?

Drzwi były otwarte, tak jak się tego obawiała. Klucz do pokoju leżał w łazience na umywalce przy mydelniczce, zapomniała o nim, gdy wyszła wiązać krawat mężowi. Jednak nie chodziło tylko o sam klucz, bardziej niepokoiło ją to, czy saszetka z pieniędzmi jest na miejscu. Wysunęła szufladkę szafki przy łóżku i wyjęła z niej małą podróżną Biblię. Saszetki pod książką nie było...

Pani Danusia oparła się o szafkę i usiadła z wrażenia na łóżku. Zrobiło się jej słabo, jeszcze raz wsunęła i wysunęła szufladkę. Saszetki nie było.
- I co teraz? – zapytała na głos, samą siebie, gdy w końcu dotarło do niej, że wysuwanie i wsuwanie szufladki nie zmienia sytuacji – Co teraz?

Wiedziała, że popełniła błąd, po przyjeździe miała oddać pieniądze do sanatoryjnego sejfu, upominał ją o tym zięć, córka, która zresztą pożyczyła część pieniędzy na wyjazd. Miała to zrobić jutro, tak sobie postanowiła, ponieważ ostatnie dni po prostu były zbyt męczące, tak inne po poukładanym chicagowskim życiu, że nie miała głowy, by myśleć o sejfie. Już słyszała krzyki zięcia, córek, znajomych, którzy na wyścigi wołali
- Przecież są sejfy, na litość boską! Są sejfy, albo się nosi pieniądze na brzuchu! Jak można postępować tak nieostrożnie!
Saszetki nie było. Pani Danusia przerzuciła rzeczy w swojej walizce, opróżniła torebkę, kosmetyczkę, torbę z lekami, przejrzała półkę z bielizną, szafę, przeszukała łazienkę. Pieniędzy nie było. Znowu uświadomiła sobie, że na męża nie może liczyć, że nawet nie może mu powiedzieć o tym, co się stało, że właściwie na nikogo tu nie może liczyć, no i kto jej uwierzy, że miała ze sobą tyle pieniędzy?

- Okradli mnie – bez żadnego wstępu powiedziała córce, która zaspana odebrała słuchawkę z rąk męża.
- Jak to? Okradli? Co mamusia mówi? Kto? Jak to się stało?
- Ewuniu, nie wiem. Wyszłam na chwilę z pokoju i jak wróciłam, pieniędzy nie było.

- Weź poprawkę na wiek, pamiętaj, że mają już swoje lata – tłumaczyła wzburzonej przyjaciółce Natalia. – Oboje mają swoje lata. Są w nowym miejscu, nowy rozkład dnia, wszystko nowe, zmęczenie po podróży, roztargnienie. No i zdrowie Stanisława... Sama mówiłaś.
- Ale tyle razy upominaliśmy: niech mamusia zaraz po przyjeździe do sanatorium odda pieniądze do sejfu, żeby się nie martwić, koniecznie. A zrobiła co chciała, i teraz? Nie mam pojęcia, co dalej.
- Spróbuję się dowiedzieć, czy można coś zrobić – powiedziała Natalia. – Wiesz mam znajomego Polaka, którego syn jest prawnikiem, może coś poradzi. Przykro mi bardzo. Pozdrów mamę, jak będziesz dzwonić i powiedz, żeby się nie martwiła.

- Natalia?
- Tak. O, co się dzieje? Wszystko OK?
- Niczego nie załatwiaj.
- Nie rozumiem?
- Właśnie dzwoniła mama, pieniądze się znalazły. Można zwariować! Podobno ktoś wsunął saszetkę pod drzwi.
- To wspaniale. Widocznie kogoś sumienie ruszyło! Bardzo się cieszę. Wszystkie?
- Tak, wszystkie. Mam nadzieję, że z nikim jeszcze w Polsce nie rozmawiałaś?
- Nie, z tym znajomym od prawnika jeszcze nie, ale znalazłam kogoś, kto mógłby im pomóc na miejscu, zaopiekować się bardziej, niż obsługa sanatorium.
- Dziękuję, jesteś kochana, ale już wszystko w porządku, nic nie potrzebują.

Pani Danusia nie mogła przełknąć kolacji, na niczym nie mogła się skoncentrować, nie wiedziała, co ma robić, komu powiedzieć o tym, co się stało. Kto uwierzy, że miała przy sobie tyle pieniędzy? Poza tym przecież i na dole w recepcji też pytano ją, czy ma coś wartościowego przy sobie, czy chce skorzystać z sejfu a ona powiedziała, że dziękuje, że nie. Telefon do córki pomógł o tyle, że nie była osamotniona w swoim zmartwieniu a poza tym potrzebowała pieniędzy i tylko córka mogła je przysłać. Naturalnie pierwsza rozmowa z zięciem była głośna i burzliwa, on krzyczał w słuchawkę a ona głównie milczała lub przepraszała, że tak się stało, płakała i prosiła, żeby ją zrozumiał. Mąż oczywiście o niczym nie wiedział, nie rozmawiał z nią wiele, gdy wrócili do pokoju natychmiast zajął się czytaniem gazet, a potem z walizki, której do tej pory do końca nie rozpakował, wyjął swoją książkę o powstaniu i czytał, mrucząc coś do siebie od czasu do czasu.

Wieczór był długi, przeraźliwie długi, ciągnął w nieskończoność minuta po minucie, wlókł sekundę po sekundzie, starsza pani już nie miała siły zastanawiać się jak i co się stało, obiecywała sobie jednak, że jest to jej ostatni pobyt w tym kraju, że nigdy więcej tu nie przyleci, że ma dosyć i niech się dzieje co chce. Pobędzie ze Staszkiem te kilka tygodni i wróci do siebie, i pewnie nigdy więcej w życiu go nie zobaczy. Może po śmierci, może po tej obiecanej drugiej stronie, ale nie tu, nigdy więcej tutaj. Łzy bezsilności napływały do oczu, ale powstrzymywała je, nie chcąc niepokoić męża, który odzywał się do niej bardzo grzecznie, krótko i rzeczowo. Albo milczał.

- Czy nie widziałeś moich papuci? – zapytała męża, kiedy w końcu uznała, że nie ma co dłużej siedzieć i postanowiła szykować się do spania.
- Nie, proszę pani, nie widziałem, tylko jakieś granatowe buty z futerkiem, wsunąłem je pod łóżko – odparł pan Stanisław.
- To nie były buty, to moje papucie, czy możesz je podać? Wiesz jak trudno mi się schylać – prosiła męża pani Danusia.
Pan Stanisław odłożył książkę, podszedł do łóżka, schylił się i wyciągnął papucie.
- Tam jeszcze coś jest – powiedział do żony. – Ale za daleko, nie dosięgnę, potrzebuję jakiś kijek, albo coś takiego.
- Kijek? Nie mamy kijka. Może parasolka?
- Parasolka będzie dobra – po chwili, już uzbrojony w parasolkę, pan Stanisław ponownie sięgnął pod łóżko.
- Proszę – podał żonie niewielką, płócienną saszetkę z paskiem.
Pani Danusia oniemiała... pieniądze się znalazły.

- Natalia?
- Tak. O, Ewa, właśnie myślałam, żeby do Ciebie dzwonić. Coś nowego u mamy?
- Nie i chwała Bogu, wszystko dobrze. Dużo lepiej.
- Czy znasz już szczegóły historii z pieniędzmi?
- W pewnym sensie.
- To znaczy?
- Nie wiem co o tym wszystkim sądzić. Pierwszy telefon od mamy to była rozpacz i w ogóle nie wiedzieliśmy jak ją uspokoić. Mój naturalnie zrobił dużą awanturę przez telefon, aż musiałam mu wyrwać słuchawkę. Później, jak pieniądze się znalazły i chcieliśmy zadzwonić do dyrekcji sanatorium zgłosić całe zajście, to mama absolutnie nie chciała o tym słyszeć.
- Ale trzeba było. Zwróciliby na nich większą uwagę, przecież to starsi ludzie, chorzy, nie zaszkodziłoby – twierdziła Natalia.
- My też tak myśleliśmy, ale mama absolutnie nie chciała się zgodzić. Nie wiem, co o tym myśleć. Mój mówi, że pieniądze w ogóle nie zginęły, nie było żadnej kradzieży, tylko krzyczy: Twoja matka je gdzieś wsadziła i nie pamiętała gdzie...
- Myślisz, że to możliwe?
- Nie wiem – zastanawiała się Ewa.- Nie wiem, dla mnie najważniejsze, że się znalazły, a mój może i ma rację, że nikt nie ukradł.
- Wiesz, przypuszczam, że teraz wszędzie w takich miejscach, no w hotelach, sanatoriach mają kamery, security, i nawet jak ktoś zabrał te pieniądze z pokoju, to potem się wystraszył, jak przypomniał sobie o kamerach i oddał. Jak myślisz?
- No może. Nie wiem. Nic już nie wiem. Mama się upiera, że ktoś ukradł i podrzucił, mój krzyczy, że nieprawda, a ja się cieszę, że się znalazły. Już nie mówmy o tym, dobrze?
- Dobrze, rozumiem, nie ma sprawy, ja tylko tak, z ciekawości.

Sanatorium budzi się do życia wcześnie rano. Najpierw pojawia się obsługa, pielęgniarki, masażyści, technicy, specjaliści od fizykoterapii, kuchnia, pokojówki. Na tarasach jeszcze przed śniadaniem, przy ładnej pogodzie, jest zazwyczaj kilka osób spragnionych porannego, słońca, zieleni, spokoju, siedzą, najczęściej milcząc, wtapiając się w krajobraz. Po śniadaniu miejsce stopniowo zapełnia się, ożywia, i tak do wieczora.

Pan Stanisław i pani Danusia zeszli na śniadanie wcześniej niż poprzedniego dnia. Noc była chłodna i oboje marzyli o gorącej kawie, pani Danusia z mlekiem, pan Stanisław bez, ale za to z cukrem.
- Dwie czubate – mówił.

Zeszli po schodach, bo potwory z windy dały znów o sobie znać. Na jadalni trzymali się za ręce, czekając cierpliwie na kelnerkę, która pojawiła się po chwili, niosąc dzbanek kawy i koszyczek z chlebem i świeżymi bułkami.
- Pamiętasz Staszku jak się dziwiłeś, że w Chicago mamy takie dobre, prawdziwe polskie pieczywo?
- W Chicago? O tak, pamiętam. Świeże bułeczki, świeży chleb i nawet polska kiełbasa, czasem krakus – mówił starszy pan.
- Pamiętasz? – ucieszyła się jego żona, i znowu poczuła łzy nabiegające do oczu łzy, tym razem z radości. – Więc, więc może pamiętasz inne rzeczy? Pomyśl trochę, co pamiętasz?
- Lubię świeże pieczywo – mówił pan Stanisław, nie zwracając na pytanie uwagi – z masłem i do tego filiżanka czarnej kawy z cukrem. Dwie czubate.
- Tak, a pamiętasz jak długo piliśmy tylko Tasters Choice? Pamiętasz?
- Nie, proszę pani, nie pamiętam.
- Prosiłam, żebyś mi mówił po imieniu, przecież wiesz, że mam na imię Danuta, a Ty zawsze mówiłeś mi Danuś.
- Nie wypada w moim wieku mówić do obcej kobiety po imieniu. Za mało się znamy – odpowiedział sucho pan Stanisław – A gdzie jest to pani Chicago?
- W Ameryce, przecież wiesz, mieszkałeś tam ze mną – tłumaczyła pani Danusia, zmartwiona, że cienka nitka pamięci męża znowu się przerwała.
- Nie, ja nigdy nie mieszkałem w Ameryce. Zawsze chciałem, to prawda, bo podoba mi się, jak oglądam westerny, ale nigdy tam nie byłem.

Pani Danusia zrezygnowała z przypominania mężowi ich wspólnego Chicago. Podano resztę śniadania i można było zająć się jedzeniem, rozglądaniem po zapełniającej się powoli sali, wymienić uwagi o pogodzie. Pan Stanisław poprosił o następny dzbanek kawy, bo pierwszy już był prawie pusty. Kelnerka przyniosła kawę i nalała jeszcze parującego płynu do filiżanek. Pan Stanisław uśmiechał się, patrzył przed siebie nieobecnymi oczyma. Wstał od stołu.
- Dokąd to, Staszku? – zapytała pani Danusia.
- Do toalety, proszę pani. Rozumie pani, za dużo kawy.
- Tak, tak, kawa jest moczopędna – odezwała się pani Danusia.

Wszystkie miejsca na jadalni były zajęte, przez wysokie okna zaglądało do wnętrza jeszcze nieśmiałe, wczesne słońce, kładło się na białych obrusach, na świeżych kwiatach, na sztućcach, rysowało wzory na parkiecie. Z kuchni dochodziły rozmowy kucharek, inne kuchenne odgłosy, w drzwiach kuchni mijały się co chwilę kelnerki, pachniało kawą i lekko przypalonym mlekiem.

Pani Danusia siedziała prawie w środku sali, przy stoliku dwadzieścia siedem i skubała płatki margaretki w wazoniku na stole. Zastanawiała się co będą robić z mężem po porannej turze zabiegów, czy pójdą na spacer, albo może wypożyczą dwa wózki i poproszą, żeby ich ktoś zawiózł w dalsze rejony uzdrowiska. Mogliby pospacerować, posiedzieć na ławce w parku zdrojowym, ale dobrze byłoby, gdyby ktoś ich tam zawiózł, mieliby wtedy więcej siły na dłuższy spacer.

Margaretka z wazonika zaczęła gubić płatki i ich śnieg na obrusie obudził panią Danusię z zamyślenia. Zauważyła, że mąż jakoś długo nie wraca z toalety. Wstała od stolika i wyszła na korytarz. Zapytała przechodzącego pielęgniarza, czy mógłby zajrzeć do męskiej toalety, gdzie powinien być jej mąż i sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.
- Proszę pani tam nikogo nie ma – powiedział pielęgniarz po wyjściu z toalety.
- To niemożliwe, mąż tam poszedł kilka... kilkanaście minut temu, więc, więc powinien tam być.
- Jeśli pani chce, możemy tam wejść oboje i sama pani sprawdzi – odpowiedział pielęgniarz.
- Dobrze – odparła zaniepokojona pani Danusia.
- Staszku? Staszku? Odezwij się? Staszku? – powtarzała imię męża po wejściu do toalety. - Staszku? Nic nie rozumiem – zwróciła się do pielęgniarza – mąż tu na pewno jest, może zemdlał? Czy może pan sprawdzić kabiny?

Pielęgniarz skrzywił się trochę na prośbę starszej kobiety, która mówiła z dziwnym, trudnym do umiejscowienia akcentem, ale zaczął kolejno otwierać drzwi kabin. Wszystkie były puste.
- Widzi pani? Nikogo tu nie ma. Mąż pewnie wrócił do pokoju. Niech się pani niepotrzebnie nie martwi, tylko idzie do pokoju.
- Ma pan rację. Pewnie jest w pokoju. Dziękuję – pani Danusia wyszła z męskiej toalety i ruszyła prosto w kierunku windy. Drzwi do pokoju były zamknięte, uprzytomniła sobie, że to przecież ona ma klucze, ona zamyka i otwiera drzwi, że też sobie o tym nie przypomniała w rozmowie z pielęgniarzem. Ale w takim razie, gdzie jest Stanisław?

Pani Danusia wysiadła z windy, weszła na jadalnię i podeszła do kelnerki, obsługującej ich stolik numer dwadzieścia siedem i zapytała o coś. Widać było, że jest czymś zaniepokojona. Kelnerka pokręciła przecząco głową.
- Nie, nie wrócił do stolika, nie widziałam, żeby wrócił – mówiła dziewczyna i wróciła do sprzątania ze stołu.
Pani Danusia postanowiła jeszcze nikogo nie alarmować.
- Może jest na tarasie, - pomyślała. - Może zapomniał, że czekam tu na niego? Może się minęliśmy?

Gdy kierowca z postoju zauważył czekającego przy krawężniku mężczyznę, natychmiast podjechał pod główne wejście. Rano nie ma zbyt wielu kursów, więc ucieszył się, że nie będzie stał bezczynnie do południa.
- Dzień dobry – powiedział starszy człowiek, trochę niezdarnie wsuwając się na tylne siedzenie.
- Dzień dobry. Dokąd jedziemy tak wcześnie?
- Na dworzec będzie pan uprzejmy. Na dworzec.
- Proszę bardzo – kierowca podciągnął do góry szyby, przekręcił kluczyk w stacyjce, włączył licznik i z przyzwyczajenia rzucił okiem na pasażera. Wydawało mu się, że gdzieś już widział tę twarz, ale była to przelotna myśl, o której od razu zapomniał. Gdy odjeżdżali od kompleksu budynków sanatorium, próbował jeszcze rozmawiać ze starszym panem, ale tamten nie reagował na pytania. Może nie chciał rozmawiać, może źle słyszał, wyglądał na dość podeszłego wiekiem.

- Dziękuję panu. Ile się należy? – zapytał pasażer, gdy taksówka zatrzymała się przed wejściem do hali dworcowej.
- Jak dla pana, siedemnaście – zażartował kierowca.
Starszy pan podał dwudziestozłotowy banknot, mówiąc, że reszty nie trzeba i wysiadł, nie zamykając za sobą drzwi. Kierowca ucieszony napiwkiem nawet się nie zdenerwował, że musiał wysiąść i zamknąć drzwi za pasażerem. Pokręcił głową a nawet lekko się uśmiechnął, myśląc, że to zrozumiałe, że w tym wieku ludzie robią się roztargnieni, a niektórzy może i zakochani no a poza tym w swojej karierze "przewoźnika", przyzwyczaił się, że bez względu na wiek ludzie robią różne dziwne rzeczy.

- Poproszę bilet do Chicago – powiedział starszy mężczyzna do kasjerki za szybą.
- Dokąd? – kasjerce wydawało się, że się przesłyszała.
- Do Chicago – powtórzył głośniej mężczyzna.
- Proszę pana, żartować to pan sobie może ze swoją żoną albo z kolegami. Dokąd ten bilet? – teraz wyglądała na zirytowaną.
- Do Chicago proszę pani. Poproszę bilet do Chicago.
- Nie ma takiego biletu. Nie ma takiej trasy – odpowiedziała, udając że w końcu zrozumiała żart.
- To jakaś inna trasa? Ale tak, żeby do Chicago? – upierał się starszy pan.
- Inna? Może być do Gdańska – powiedziała urzędniczka.
- To poproszę, druga klasa, dla niepalących i ze zniżką, jestem profesorem i emerytem.
- Poproszę dowód... Proszę – urzędniczka wydrukowała bilet, podała go mężczyźnie, który zapłacił i odszedł od okienka, nie zabierając reszty.
- Proszę pana, proszę pana! Reszta! – ale mężczyzna nie reagował, szedł w stronę wyjścia na najbliższy peron. Urzędniczka zamruczała do siebie
- Chicago, hmm, Chicago przez Gdańsk, też coś - i wrzuciła zapomnianą resztę do słoiczka stojącego na biurku z komputerem.

Na peronie było niewiele osób. Odkąd samochód stał się powszedniością i wygodniej było podróżować w taki sposób, pociągi często były puste. Nawet latem można było znaleźć miejsca, całe wolne przedziały. Starszy pan wsiadł do pierwszego pociągu, który wjechał na peron. Nie sprawdził, dokąd jedzie pociąg, nie sprawdził, czy godzina odjazdu zgadzała się z wydrukowaną na bilecie. Wsiadł, rozglądał się za miejscem przy oknie, bo zawsze, od małego lubił jeździć pociągami, lubił patrzeć przez okna na umykające krajobrazy, zmieniającą się perspektywę pól, lasów, drogi, szosy, drzewa podchodzące do torów, oddalające się i wszystko inne, mknące, pędzące zupełnie jak na karuzeli, ogromnej o rozmazujących się konturach karuzeli...

Starszy pan znalazł miejsce w drugim przedziale, z biegiem pociągu, pod oknem. Usiadł i zsunął buty, żeby rozprostować nogi. Nikomu to nie przeszkadzało, bo przecież w przedziale nikogo nie było.
- Muszę zapytać, o której będziemy w Chicago – pomyślał, ale na razie przysunął się jak najbliżej okna i z ciekawością małego brzdąca zaczął wpatrywać się w karuzelę za oknem.


06.02-06.25.2008



Szklane ptaki


Ulica prowadzi do góry, między domami, ciemnożółtymi z dodatkiem czekoladowej sienny. Robią wrażenie tymczasowych, jakby ulepione z gliny, nie mają kantów, żadnych ostrych kątów.
Kocie łby ulicy są nieduże, ale i tak wchodząc pod górę czuje się ich nierówności.

I
Idę z grupą ludzi. Mijam inne grupki, pary, samotnych.
Jedni wchodzą pod górę, inni schodzą. Słychać stukanie obcasów po bruku.
II
W perspektywie ulicy, na jej szczycie, widać jasnoszare światło. Patrzę na kobietę, która spiesznym krokiem idzie przede mną. Niesie czarną plastykową reklamówkę. Do kobiety podbiega młody psiak o błyszczącej, czarnej sierści. Krąży wokół kobiety, jakby chciał się z nią bawić. Po chwili wyrywa jej reklamówkę i znika w bocznej uliczce. Równając się z kobietą mówię:
- Nie powinnaś nic nosić ze sobą, one wszystko zabiorą.
Kobieta stoi bez ruchu i nie odpowiada.
III
Jestem na placyku, małym rynku zalanym światłem, jakie tłumi mgła. Stoję przez chwilę i rozglądam się za miejscem do odpoczynku.
IV
W ciemnogranatowym pomieszczeniu, które wygląda na restaurację jest dużo ludzi. Rozmawiają, słychać muzykę. Ja siedzę z boku, patrząc na tłum. Na stolikach są przymocowane monitory z trzema przyciskami, każdy przycisk kieruje jakąś opcją. Po naciśnięciu któregoś z przycisków na stoliku pojawia się ekran z trójwymiarowym zdjęciem-hologramem. Wybieram jedną z opcji i na stoliku pokazuje się hologram. Są na nim trzy osoby w ubraniach, jakich nigdy wcześniej nie widziałam. Zaczynają mówić, próbują się przekrzyczeć, zwrócić na siebie uwagę.
V
Rozglądam się wokoło. Na stoliku pod ścianą zauważam nieduży szklany pojemnik. Coś się w nim porusza. Podchodzę i widzę, że w środku pływają małe żabki. Są w różnych bardzo wyraźnych, czystych, kolorach: niebieska, żółta, czerwona, zielona, jest też biała.
Dotykam pojemnika z żabkami. Jest ciepły, mam wrażenie, że jest za ciepły i żabki się ugotują. Co trochę jedna z nich gramoli się na ściankę, ale natychmiast ześlizguje się do środka. Dotykam białej żabki, która właśnie próbuje wyjść z wody. Żabka szybko chowa się z powrotem w wodzie.
VI
Na wierzch wychodzi zielona, która jest mną zaciekawiona. Ja także nie mogę się powstrzymać i dotykam jej i czuję, że ma ciepłą, gładką skórę. Jest bardzo zielona, ma duże oczy. Odsuwam rękę, żeby jej nie spłoszyć a ona wtedy wysuwa szybkim ruchem długaśny języczek. Wyciągam dłoń, żeby dotknąć języczka i żabka kilkakrotnie wysuwa go i chowa. Wcale się mnie nie boi a ja jej także. Po chwili zabawy spokojnie chowa się pod wodą.
VII
Siedzę przy stoliku i trzymam w dłoni wysoką szklankę z grubego szkła. Tylko na dnie jest w niej trochę wody. Wstaję, wychodzę na zewnątrz.
VIII
Na zalanym światłem ryneczku jestem sama. Stoję na środku placu i do mojej szklanki przylatują ptaki, całe stadko. Są podobne do gołębi, mew, miniaturowych łabędzi początkowo są białe, ale po chwili robią się przezroczyste, jak ze szkła.
VIII
- Proszę się nie ruszać – mówi mężczyzna z kamerą. Zjawił się tuż obok i próbuje filmować scenę z ptakami.
Zamieram, wstrzymując oddech, ale ptaki odlatują.
- Musimy powtórzyć – odzywa się mężczyzna.
IX
Wychodzę ponownie na placyk. Jest pusto. Światło łagodne i przefiltrowane przez ciepłą mgłę zalewa krajobraz. Czekam na ptaki. Szklanka w ręce robi się bardzo ciężka, więc stawiam ją na bruku. Sama siadam, a później kładę się na ciepłych kamieniach.
X
Widzę siebie leżącą na placyku. Mam na sobie jasnoniebieską, o wyblakłym błękicie sukienkę. Leżę, patrzę w górę, ale nic nie widać poza światłem przytłumionym ciepłą mgłą.
Słyszę głos:
- Chyba lecą.
XI
Opieram się na łokciach, żeby zobaczyć, kto to powiedział i wtedy zauważam stadko ptaków podlatujących do mojej szklanki. Szklanka robi się wyższa, zamienia się w duży puchar.
XII
Stoję, trzymam puchar w dłoniach i obserwuję wirujące ptaki.

Widzę siebie ubraną w wyblakły błękit, trzymającą przezroczysty puchar, otoczoną ptakami.

Patrzę na siebie - jednocześnie z góry i z boku - i na chmurę szklanych ptaków podlatujących do pucharu.


•••••••
budzę się.
odsłaniam obydwa okna.
słońce dzisiaj zapomniało o swoim miejscu.
na czarnej komodzie nieporuszony siedzi budda.
pachnie cytrynową bazylią.

11.02.2008



Z Cyklu "Listy hipotetyczne" - ten - do En Suo


Miła pani En-Suo

Jakże tu zacząć to pisanie do Pani? Może od przeprosin, bo już tyle czasu minęło od moich obiecań, że nie tylko pocztą mailową listy, że raz na tydzień w swojej skrzynce na drzwiach zastanie Pani kopertę ze swoim imieniem, adresem. Jestem ciekaw jak wygląda ta skrzynka, jaki do niej kluczyk ... Tak więc proszę wybaczyć moja opieszałość. Ale to może i dobrze, że się nie „produkowałem”, bo czas ostatnio nie był zbyt miłymi zdarzeniami wypełniony i ja w nastrojach raczej „rilkowskich”. O takich rozmawialiśmy tamtego lata. Jakże wdzięczny jestem za Pani optymizm, wrażliwość, które wiele miesięcy trzymały mnie w jako takiej kondycji psychicznej. Później Pani listy, jakże miłe!
Urodził się 335 lat wstecz a ja teraz w słuchawkach słucham jego muzyki- Tommaso Albinioni – Adagio g-moll na organy i smyczki przecudnej urody. Osiem minut nutek, które unoszą w jakieś przestrzenie bardzo odległe. Niezwykle płodnym kompozytorem był ten Albinioni. Gdzieś czytałem, że skomponował 50 oper – nie zachowała się żadna partytura. Tak myślę, że jeśli to Adagio tak piękne, to ile jeszcze innych, które spłonęły w dziejach? Teraz uwertury Beethovena... Wzniosłe, potężne ... i duch ulata. Duch. Seneka tak o nim napisał: „Zważcie, że nic oprócz ducha nie jest godne podziwu, i że wobec jego wielkości nic nie jest wielkie”. Co nie znaczy, że nie mamy słuchać chorałów Bacha czy scherz Chopina – z ducha i dla ducha stworzonych. Tak myślę.
Pytała Pani co czytam ostatnio. Otóż stałem się posiadaczem dość grubego tomu listów Rainera Marii Rilkego do Lou Andreas Salome. Za sprawą pana antykwariusza, który polecił mi te książkę kiedy pytałem o tomy wierszy poety. Owszem, wiedziałem już przedtem nieco o tej niezwykłej miłości – później wielkiej przyjaźni pomiędzy Rainerem a Lou. Tutaj odkrywam rzeczy niezwykłe, o których będę – jeśli Pani pozwoli – pisał. Latem, jeśli los pozwoli i będzie Pani w moim kraju pożyczę książkę do czytania.
3 czerwca 1897 roku, więc w dwa tygodnie od poznania się tak pisał do Lou przeczuwając jej wpływ na niego, jego pisarstwo: „...Każdego mego słowa dotknij swą mocą szczerozłotą, a jak z gotyckiego relikwiarza wypłynie z nich dla Ciebie roziskrzony strumień mej nieograniczonej czułości. Słowa me skryją w sobie każdą najulotniejszą myśl, pragnienie, każde me marzenie. A ty, Pani, je wszystkie rozpoznasz.” I nieco dalej – zapewne o wspólnocie dusz: „Znalazłem ojczyznę”. Tak też było. Znalazł, aż po swój dzień ostatni. A ja?
Żeby nie „smutaskować” – pamięta Pani jak uczyłem znaczenia tego słowa, kończę obiecując za tydzień nową kopertę. Pozdrawiam z mroźnego G.




Z Cyklu "Listy hipotetyczne" - ten do En Suo nr


Miła Pani En-Suo

Dzisiaj słońce tak pięknie, a ja prawie w domu. Nie licząc wyjazdu do bibliotek, gdzie Rainera jeszcze książek innych niż te, które już mam szukałem i płyt z muzyką Liszta – specjalnie z etiudami transcendentalnymi. A tak chciało się do lasu na śnieg, na narty. Ale nie mogłem. Tak więc teraz „Elegie duinejskie” na biurku, a w słuchawkach franciszkowe nutki. Nie potrafię się powstrzymać ,by zaraz z „Pierwszej elegii” cytatu nie napisać. A taki on: ”Piękno bowiem jest jedynie przerażenia początkiem, który potrafimy jeszcze znieść, i podziwiamy je, bo gardzi łaskawie naszym unicestwieniem”. Czyż moje zachwycenie się jego pisaniem nie jest uzasadnione? Dlaczego. nie rozumiem, taki teraz zapomniany – jeden z większych. Jak się mają moje, czy też innych z mojego miasta wierszyczki do tego co napisał Rainer Maria ? Myślę – nijak ! Zadziwia mnie nade wszystko jasność myśli i precyzja ich pokazywania słowami, niezwykła umiejętność obserwacji, patrzenia na otaczający świat, jego przeobrażenia – nie pisanie- a-objawianie. Wydawałoby się zwykle słowa, ale ile w nich jest przekazu. Przekazu, który staje się budulcem naszego widzenia. Na naszą miarę, naszą wrażliwość, percepcję – znajomość i własne doświadczenia w oglądaniu. Choćby przyrody:

PRZEDWIOŚNIE

Ostrość zanikała. Raptem delikatność legła
na szarości odsłoniętych łąk.
Małe strugi już zmieniają nastrój.
A pieszczota, sporadycznie, z wielu stron

gdzieś z przestrzeni chwyta ziemię.
Drogi to już ukazują w głębi lądu.
Niespodziewanie widzisz swego wzlotu
wyraz w pustym drzewie.

Jakbym oglądał krainę mojego dzieciństwa. Ale Pani przecież inną. W tym dalekim kraju skąd los na nasz kontynent przyniósł. Nie pamiętam, czy pisałem o moich fascynacjach poezją japońską. Nie tak dawno zaczytywałem się w antologii poetów z Pani Kraju. Wiele wierszy, bo książka nie moja, przepisałem do komputerowego folderu „Wiersze ulubione”.
Ależ ten Liszt mi się dzisiaj tu panoszy. Cały mój niewielki pokój w jego muzyce. Teraz „Liebestraum” z numerem trzecim. Dość często można je usłyszeć jako podkład w nastrojowych scenach filmowych. No bo to i takie jest. Teraz dwa utwory z cyklu Consolation. Lubię te „Pocieszenia”. Nie wiem tylko, dlaczego tak je nazwał. Pisał je bowiem w czasie kiedy już jego wymarzona kobieta - księżna Karolina Witgenstein przybyła do Weimaru. Byli już razem. No, ale to jego tajemnica.
Jestem ciekaw, czy Pani gra jakieś utwory Frnaciszka Liszta, bo że sporo Fryderyka Chopina to wiem jeszcze z naszych warszawskich rozmów. Może, jeśli starczy czasu pośród ćwiczeń i nauki, słów parę do mnie?
Pozdrawiam w późne popołudnie. Tutaj już niskie słońce – tam gdzie Pani jeszcze, jeszcze – bo o ileż ode mnie na zachód.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » INFO » Dział informacyjny » Konkursy zakończone » Primus Inter Pares - Utwory pisane prozą


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo