nie poznałam cię prawie tak kolory zmieniłeś
w tłumie innych pospiesznie rozdawałeś spojrzenia
czy to ty czy ktoś inny, wtedy to była miłość
bez żadnego powodu utopiona w marzeniach
a pamiętasz jak chętnie cię dzieliłam z tą drugą
mamy co powspominać byłeś ważny jak konto
nie do wiary jak można było wierzyć ułudom
jak ty do mnie mówiłeś moja duszko i słonko
śmiechu warte jak można przypominać te bzdury
nieskończone rozmowy pękające od ciszy
może tak podziękujesz lata prawdę okryły
no odważnie! ja przyjmę żona w domu nie słyszy
nie ma za co przeciwnie, nie chcesz mówić to słuchaj
podziękuję od siebie za te sny co do dzisiaj
za głos inny od wszystkich, że pędziłam choć plucha
nie pamiętasz tak było ja niczego nie zmyślam
masz odwagę to powiedz co mi wtedy zmilczałeś
ja zapomnę o wszystkim gram na innych organkach
obiad w domu gotuję ty obiadów nie chciałeś
i właściwie to lepiej zup nie daje kochanka
Czytałem już wcześniej ten wiersz, wiersz z nutą ironii, pokazujący nie tylko sytuacje, ale także odkrywający stanowisko PL-go. Wiersz skierowany do konkretnego adresata, ale mimo to przyjemnie poczytać