Wiatr historii zabrał moje włosy,
długą brodę upstrzył, łajdak, szronem.
Ale w sercu, niezrażonym losem,
ciągle hałas podnosi skowronek.
Już nie zliczę krzyżyków na karku,
a czas pędzi jak rumak olbrzyma,
więc na szyję zarzucam mu arkan:
choćby ręce mi wyrwał — utrzymam!
Skok! I cwałem na oklep półżywy,
dzwonią zęby, klekoczą mi kości!
Pazurami wpiłem mu się w grzywę,
żeby nie spaść, nie zostać w przeszłości!
Prąd historii przez palce przecieka
i wyniosłe skały w pył zamienia.
Kruche czółno niesie czasu rzeka —
ja mu nie dam osiąść na kamieniach!
Gnuśne ciało chce odzipnąć trochę,
z trupich brzegów kusi senna ciemność,
w rwącą kipiel zwalam się z porohu...
— Nie spać! — przecież znów skały przede mną!
I tak kiedyś przemielą mnie żarna,
szczęk nożyczek — Parka przetnie nić.
Ale nie dam się babie za darmo
i nie będę na OIOM-ie gnić!
Wietrze dziejów, towarzyszu bliski,
wielkie dzięki i chwała ci za to,
że porwałeś mnie kiedyś z kołyski
i raz po raz prałeś mnie po pysku,
aż rzuciłeś mnie na deski świata.