Jesteś jak zjawa w mgielny szal odziana,
z chłodem poranka żegnasz krótkie lato –
jak sen, przybrana rdzawozłotą szatą,
której powabem rzucasz na kolana.
W ufne gałęzie wplatam srebrne włosy,
jak wiatr, trubadur, tęskne pieśni śpiewam,
by na koncercie – z płonącego drzewa
uschnięte liście do tańca zaprosić.
Ty – piękna pani, lekko drżącą dłonią,
dla głodnej duszy strawę bogów święcisz,
mieniąc się w słońcu kolorami tęczy,
zanim spektaklu chmury nie przesłonią.
Ja – z pełnej czary spijam krople rosy,
kiedy z uczuciem do osnowy wplatam
miłosny wątek – nić babiego lata –
który przynosi radość i niedosyt.
Nie wyczekując, co nam los przyniesie,
podaj mi rękę obcą jeszcze wczoraj,
będziemy razem zmierzać do wieczora;
gdzie ja, ty przy mnie, a za nami jesień.
W ufne gałęzie wplatam srebrne włosy,
ja wiatr, trubadur, tęskne pieśni śpiewam,
by na koncercie – z płonącego drzewa
uschnięte liście do tańca zaprosić.