Na polu ciężko, mroczno, od dni kilkunastu,
źdźbła zboża sterczą sztywno, jak pruscy żołnierze...
Więc biegnę przez ugory, by zmienić ten chwastrój,
przez połać ni to
trawą krytą,
ni to
perzem.
Łan prosa karki zgina, krzywi się przed końcem,
myśli o prostrzu kosy, co spadnie ze świstem,
o ziarnożernych żarnach żarłocznie żarliwych,
o mące...
Odwracam gardło pełne zachwystu --
na łące
parzydełka podnoszą dumne prostokrzywy
ku słońcu.
Od pszeznicy przez nicość, do żyta nieżytu,
we łbie kilofem łopie
nad ranem...
-- Uciekaj, chwastłopie!
-- Dokąd gonić?! I który zagon obrać by tu?
Pognałem na skraj czasu i wrosłem w chłopiany.
Rozkłączę się po trochu,
skrzyp niedopielony
(a ogrodnik przeszlocha
bezsilnie południe),
rozćwirlika się dzwonek,
niebny chwastowronek...