Portowa dziwka weźmie się pod boki,
ukradkiem strąci łzy ze swoich rzęs.
Nad ląd mgły jęzor sięgnie znad Zatoki,
a po jej falach miękkim kocim krokiem
nadbiegnie Sens.
Pijany matros ostrzyżoną głowę
złoży dziewczynie na zwiotczały cyc.
Gdy miasto rankiem obudzi się znowu,
na pozór niczyj los się nie odmieni,
jakby tej nocy nie stało się nic.
I choć w powietrzu zawibrują Słowa,
znów w dal pociągną ludzie przemęczeni
po ciężkich szlakach przywykli wędrować.
Lecz po nowemu szkwał im już zawieje
tchnieniem nadziei.
Bezmyślnie będzie pieścić dłoń kobieca
śpiącego majtka gruby byczy kark.
Przy farwaterze boje się zaświecą,
Wędrowiec znikąd, posłaniec Mądrości
z brzaskiem odejdzie, lecz nasz lęk pokona.
Powoli ścichnie chór ulotnych skarg
a o swe życie przestaną grać w kości
ludzie z przeciwnej tego globu strony,
goście z dalekich egzotycznych mórz,
załogi statków dawno zatopionych.