teraz
kiedy w piórze atrament dorósł
gryzę kawałki żarówki
jak razowy kęs po kęsie
zaczajony w kartce czekam
na otwarcie drzwi
aby niesyci gołębi
liść kładziony odczytali
oczami ryby patrzę na fiolet
na kąt własny i nagą wodę
sama wchodzi w geografię kory
wiem nie zobaczę nigdy
tego uśmiechu na sprężynie dotknięć
i zapisanego w jej gwiazdach asfaltu
mam tylko nadzieję
że szyjąc dla potomnych
czarną nicią wodorytu
strofy ubiorą jedwabiste ciało
to spojrzenie
na jeszcze pustym talerzu wyznań
każe umierać dla wszystkiego
w ostatnim wersie jest czołem
nozdrzami i intensywną czerwienią ust
Interesujący, wciągający wiersz. Jak zwykle można u Ciebie spotkać intrygujące przenośnie, zatopić się w strumieniu wersów i popłynąć nimi daleko, zapominając o czasie i rzeczywistym miejscu.
Gdybym miał zaproponować jakąś kosmetykę, nie byłoby jej wiele (a i ta jest nieznaczna):
oczami ryby patrzę na trochę fioletu , gdzie trochę (tak naprawdę czytelnik nie dowiedział się ile) zwróciło moją uwagę, więc zaproponowałbym taki wers:
oczami ryby patrzę na fiolet
a w przedostatniej strofie:
wiem że nie zobaczę nigdy
tego uśmiechu na sprężynie dotknięć
-
wiem nie zobaczę nigdy
tego uśmiechu na sprężynie dotknięć
ale w tym przypadku pewnie odbiega to nieco od Twojego stylu, więc niech będzie to po prostu inne spojrzenie